O ślubie własnego syna dowiedziałam się od sąsiadki. Dopiero podczas kłótni zrozumiałam, dlaczego nie chciał mnie zaprosić

Siatka z ziemniakami pękła mi pod nogami dokładnie wtedy, kiedy sąsiadka pogratulowała mi ślubu Michała. Jeden ziemniak potoczył się pod skrzynki pocztowe. Patrzyłam za nim, bo na Teresę nie umiałam.

— Jakiego ślubu? — zapytałam.

Jej uśmiech zgasł.

— No… z Anią. Moja córka pracuje w kwiaciarni. Zamawiali bukiet na przyszły piątek. Myślałam, że pani wie.

Pozbierałam zakupy i weszłam na trzecie piętro. Przy drzwiach szukałam klucza tak długo, że wysypałam pół torebki. Syn miał się żenić. Za dziewięć dni. A ja dowiedziałam się między skrzynkami a ogłoszeniem o dezynsekcji.

Zadzwoniłam do niego sześć razy. Kiedy nie odebrał, napisałam: „Przyjedź. Musimy porozmawiać”. Bez pytania, czy może. Tak pisałam zawsze.

Od śmierci Andrzeja minęły cztery lata. Michał załatwiał ze mną pogrzeb, rentę rodzinną, nawet wymianę spłuczki. Potem przychodził w niedziele na rosół. Dzwonił wieczorami. Wiedział, kiedy mam badania i ile kosztowało ogrzewanie.

Powoli zaczęłam uważać, że tak już będzie.

Kiedy poznał Anię, miałam gotową listę zastrzeżeń. On po politechnice, ona po zawodówce, pracująca w salonie fryzjerskim. On oszczędny, ona kupująca kawę na mieście. On spokojny, ona głośno się śmiejąca, mówiąca do mnie bez tej ostrożności, którą uważałam za szacunek.

— Ambitniejszej nie znalazłeś? — rzuciłam kiedyś przy obiedzie.

Ania odłożyła widelec. Michał powiedział, że wychodzą. Obraziłam się na tydzień. Naprawdę byłam przekonana, że to mnie należą się przeprosiny.

Przyszedł wieczorem, prosto z pracy. Nawet nie zdjął kurtki.

— Teresa ci powiedziała? — zapytał.

To bolało najbardziej. Że nie zaprzeczył.

— Własną matkę tak potraktować? Obcy ludzie wiedzą, a ja? Wstydzisz się mnie?

— Nie wstydzę się ciebie. Boję się tego, co zrobisz.

Wyciągnęłam z szafy koszulę Andrzeja. Do dziś nie wiem po co. Może chciałam, żeby Michał zobaczył, jak bardzo jestem sama.

— Ojciec by na to nie pozwolił.

Michał zacisnął szczękę.

— Nie używaj taty. Proszę cię, chociaż jego zostaw.

Zaczęłam płakać. Mówiłam o nieprzespanych nocach, o pieniądzach na jego studia, o tym, że poświęciłam mu życie. Wszystko wyrzucałam, jedno przez drugie.

— A ja mam ci za to oddać swoje? — zapytał.

Zamilkłam.

— Ania płakała po każdym spotkaniu. Pamiętasz, jak powiedziałaś, że nasze dzieci będą miały po niej najwyżej zdolność do zamiatania włosów?

Pamiętałam. Nazwałam to wtedy żartem.

— Ona przynajmniej odbiera, kiedy dzwonię — powiedziałam, szukając czegokolwiek na swoją obronę.

— Bo dzwoniłaś do niej, gdy nie mogłaś mnie znaleźć. Pytałaś, gdzie jestem, z kim, dlaczego nie u ciebie. Mamo, mam trzydzieści dwa lata.

Potem powiedział jeszcze, że planowali powiedzieć mi o ślubie po wszystkim. Tylko urząd, dwoje świadków i obiad. Bez awantury o sukienkę Ani, jej rodziców i restaurację, na którą podobno „ich nie stać”. Takie rzeczy już ode mnie słyszeli.

Kiedy wyszedł, zostałam z koszulą męża na kolanach.

Nazajutrz ugotowałam za dużo zupy. Odruchowo chciałam zadzwonić, żeby przyjechał z pojemnikiem. Zatrzymałam palec nad jego numerem. Ile razy potrzebowałam syna, a ile razy tylko pretekstu, żeby musiał przyjść?

Nie pokochałam nagle Ani. Nie stałam się przez noc inną matką. Ale pierwszy raz przyznałam sama przed sobą, że robiłam jej krzywdę, a samotnością usprawiedliwiałam rzeczy, których wcześniej bym się wstydziła.

Napisałam do nich obojga z prośbą o spotkanie. Dodzwoniłam się też do przychodni i zapytałam o pomoc psychologiczną. Najbliższy termin był odległy. Zapisałam się mimo to.

Spotkaliśmy się w sobotę w małej kawiarni. Ania usiadła obok Michała, torebkę trzymała na kolanach, jakby zamierzała zaraz wyjść.

— Przepraszam, że poniżałam cię z powodu szkoły i pracy — powiedziałam. — I że próbowałam decydować, czy nadajesz się dla mojego syna. Nie miałam prawa.

Nie dodałam żadnego „ale”. Choć cisnęło mi się na język.

— Nie chcę, żeby Michał musiał wybierać — odpowiedziała cicho.

— Wiem. To ja go do tego zmuszałam.

Obiecałam, że nie będę przychodzić bez zapowiedzi, wypytywać ani obrażać się za odmowę. Że ich ślub należy do nich. Jeżeli mnie nie zaproszą, nie zrobię sceny.

Michał długo mieszał zimną już kawę.

— Chcemy, żebyś przyszła. Ale samo przepraszam nie wystarczy.

Przytaknęłam. Po raz pierwszy nie próbowałam dostać od niego zapewnienia, że wszystko będzie dobrze.

Teraz uczę się nie dzwonić drugi raz, kiedy nie odbiera. Bywa ciężko, szczególnie wieczorami, ale to mój ciężar, nie jego obowiązek.

Myślałam, że tracę syna przez inną kobietę. Jak mogłam tak długo nie widzieć, że sama odpycham go od siebie?