„Nie chciałam prosić rodziców o pomoc, ale życie mnie do tego zmusiło” – historia Marty z Wrocławia
– Jeśli nie dajesz sobie rady sama, poproś rodziców o pomoc – powiedział Paweł, zamykając za sobą drzwi z hukiem. Jego słowa jeszcze długo odbijały się echem w mojej głowie, kiedy stałam w łazience, wpatrując się w swoje odbicie w zaparowanym lustrze. Miałam ochotę krzyczeć, ale zamiast tego po prostu pozwoliłam łzom spływać po policzkach.
To był kolejny dzień, kiedy czułam się kompletnie bezradna. Nasza córka, Zosia, od tygodnia miała wysoką gorączkę, a ja nie spałam już trzecią noc z rzędu. Paweł wracał późno z pracy, a kiedy już był w domu, wydawał się bardziej zainteresowany swoim telefonem niż nami. „Nie mogę ciągle wszystkiego robić sama” – powtarzałam sobie w myślach, ale na głos nigdy tego nie powiedziałam.
Telefon zadzwonił, kiedy byłam pod prysznicem. Nie odebrałam. Po chwili usłyszałam powiadomienie o wiadomości. To był Paweł: „Nie odbierasz? Zadzwonię do Szymona, może on ci pomoże”. Szymon to mój brat. Zawsze był tym „zaradnym”, oczkiem w głowie rodziców. Czułam ukłucie zazdrości i wstydu jednocześnie.
Kilka minut później zadzwonił Szymon.
– Cześć, Marta. Wszystko w porządku? Paweł mówił, że Zosia znowu chora.
– Tak… Nie wiem już, co robić. Lekarz mówi, że to wirus, ale ona ciągle płacze i nie chce jeść…
– Może mama przyjedzie? Albo tata? Przecież oni zawsze chcą pomóc.
Zacisnęłam zęby. Ostatnią rzeczą, jakiej chciałam, było przyznanie się przed rodzicami, że sobie nie radzę. Przez całe życie słyszałam od mamy: „Marta, musisz być silna. My nie mieliśmy nikogo do pomocy”. Tata tylko kiwał głową i dodawał: „Wszystko da się przeżyć”.
Ale tej nocy Zosia zaczęła mieć drgawki. W panice zadzwoniłam po pogotowie. Lekarz uspokoił mnie, że to typowe przy wysokiej temperaturze u dzieci, ale ja byłam roztrzęsiona. Kiedy Paweł wrócił do domu, znalazł mnie siedzącą na podłodze w kuchni, z głową opartą o kolana.
– Marta… – zaczął cicho. – Nie możesz tak dalej. Musisz poprosić o pomoc.
Nie odpowiedziałam. Następnego dnia zadzwoniła mama.
– Szymon mówił, że Zosia chora. Czemu nic nie mówisz?
– Nie chciałam cię martwić…
– Martwię się jeszcze bardziej, kiedy nic nie wiem! – jej głos był ostry jak brzytwa.
Przyjechała tego samego dnia. Przyniosła rosół i stare termofory. Zosia od razu się uspokoiła przy babci. Patrzyłam na nie i czułam mieszaninę ulgi i żalu. Ulgi – bo wreszcie ktoś mi pomagał. Żalu – bo nie potrafiłam być taką matką jak moja mama.
Wieczorem usiedliśmy w kuchni.
– Marta… – zaczęła mama. – Wiem, że chcesz być samodzielna. Ale czasem trzeba poprosić o pomoc. Ja też prosiłam swoją mamę, choć niechętnie.
– Ale ty zawsze dawałaś radę…
– Tak ci się wydawało. Tylko nigdy ci nie mówiłam o swoich słabościach.
Poczułam się nagle jak mała dziewczynka. Przez lata budowałam wokół siebie mur niezależności, a teraz ten mur runął z hukiem.
Paweł wrócił wcześniej niż zwykle. Spojrzał na mnie i mamę siedzące razem przy stole.
– Może powinniśmy częściej prosić o pomoc? – zapytał cicho.
Przez następne dni mama została z nami. Pomagała przy Zosi, gotowała obiady i rozmawiała ze mną wieczorami o wszystkim i o niczym. Zaczęłam dostrzegać, jak bardzo brakowało mi tej bliskości.
Ale kiedy Zosia wyzdrowiała i mama zaczęła szykować się do wyjazdu, poczułam narastający lęk.
– Co teraz? – zapytałam Pawła tej nocy. – Co jeśli znowu sobie nie poradzę?
– Poradzimy sobie razem – odpowiedział i pierwszy raz od dawna przytulił mnie mocno.
Kilka dni później zadzwoniła teściowa.
– Słyszałam od mamy, że była u was ciężka sytuacja… Czemu nie zadzwoniłaś do mnie?
Znowu poczułam wstyd i złość jednocześnie.
– Nie chciałam nikogo obciążać…
– Jesteśmy rodziną! Od tego jesteśmy!
Zaczęłam rozumieć, że moja potrzeba samodzielności była tak naprawdę strachem przed oceną i rozczarowaniem bliskich. Bałam się pokazać słabość, bo wydawało mi się, że wtedy przestaną mnie szanować.
Szymon przyszedł któregoś dnia z ciastem i kawą.
– Wiesz… Ja też czasem proszę rodziców o pomoc. I wcale nie czuję się przez to gorszy.
Patrzyłam na niego zdziwiona.
– Naprawdę?
– Naprawdę. To normalne.
Od tamtej pory zaczęłam częściej dzwonić do mamy czy teściowej – czasem tylko po to, żeby pogadać albo zapytać o przepis na naleśniki. Zosia śmieje się coraz częściej, a ja czuję się mniej samotna.
Czasem jednak wraca do mnie pytanie: czy naprawdę musiałam upaść tak nisko, żeby nauczyć się prosić o pomoc? Czy każda silna kobieta musi najpierw się złamać? Może to właśnie w słabości jest nasza największa siła?