Ona zrezygnowała z syna dla salonu piękności, a ja przyjęłam go jak własnego – historia, która zmieniła moje życie
– Nie mogę tego zrobić, Aniu. Po prostu nie mogę – głos Magdy drżał, a jej oczy błądziły gdzieś po ścianach szpitalnej sali. W rękach trzymała maleńkiego chłopca, swojego synka, który przyszedł na świat zaledwie kilka godzin wcześniej. Ja stałam obok niej, jeszcze w szpitalnym fartuchu, z sercem bijącym jak oszalałe po własnym porodzie. Moja córeczka leżała w inkubatorze dwa pokoje dalej, walcząc o każdy oddech.
Wszystko wydarzyło się tak nagle. Poród zaczął się niespodziewanie – przedwcześnie, w ósmym miesiącu. Lekarze podjęli decyzję w mgnieniu oka i po kilku godzinach trzymałam na rękach wątłe ciałko mojej córeczki. Od razu została umieszczona w inkubatorze – była za słaba, by oddychać samodzielnie. Przez mgłę bólu i strachu usłyszałam wtedy krzyk na korytarzu – to Magda rodziła swojego syna. Byłyśmy przyjaciółkami od liceum, ale nasze drogi rozeszły się kilka lat temu. Spotkałyśmy się przypadkiem na oddziale położniczym tego samego dnia, obie samotne, obie przerażone.
Magda zawsze była ambitna. Otworzyła własny salon piękności w centrum Warszawy i szybko zaczęła odnosić sukcesy. Jej życie kręciło się wokół klientów, kosmetyków i mediów społecznościowych. Kiedy zaszła w ciążę, mówiła mi, że to „wpadka”, ale nie chciała słyszeć o aborcji. Przez całą ciążę pracowała niemal do ostatniego dnia, ukrywając brzuch pod luźnymi tunikami. Ojciec dziecka zniknął zaraz po tym, jak dowiedział się o ciąży.
Patrzyłam na nią teraz – wyczerpaną, roztrzęsioną i zupełnie zagubioną. – Magda, on cię potrzebuje – powiedziałam cicho. – To twoje dziecko.
– Ja… Ja nie dam rady – wyszeptała. – Nie mogę rzucić salonu. Mam kredyt, pracownice… Jeśli teraz zniknę na kilka miesięcy, wszystko stracę. Nie jestem gotowa być matką.
Wtedy spojrzała na mnie błagalnie. – Aniu… Ty masz już córkę… Może… Może mogłabyś mu pomóc? Przynajmniej przez jakiś czas? Proszę cię…
Zamarłam. Przez głowę przetoczyły mi się setki myśli: moja córeczka w inkubatorze, samotność po rozstaniu z mężem, lęk o przyszłość… Ale kiedy spojrzałam na tego maleńkiego chłopca, poczułam coś dziwnego – jakby los postawił mnie przed wyborem większym niż ja sama.
Zgodziłam się. Na początku miało to być tylko „na chwilę”, dopóki Magda nie poukłada sobie życia. Ale tygodnie mijały, a ona coraz rzadziej dzwoniła. Wysyłała pieniądze na pieluchy i mleko, czasem przynosiła zabawki do mieszkania mojej mamy w Piasecznie, gdzie zamieszkałam po porodzie. Z czasem przestała nawet pytać o syna.
Moja mama była wściekła. – Aniu, nie możesz brać na siebie całego świata! Masz własne dziecko! – krzyczała pewnego wieczoru, kiedy próbowałam jednocześnie nakarmić córkę przez sondę i utulić płaczącego chłopca.
– On nie ma nikogo innego – odpowiedziałam cicho. – Magda go zostawiła.
– To nie twoja sprawa! – Mama trzaskała garnkami w kuchni. – Ludzie zawsze będą wykorzystywać twoje dobre serce.
Ale ja nie potrafiłam inaczej. Z czasem chłopiec zaczął mówić do mnie „mamo”. Moja córka wyzdrowiała i rosła razem z nim jak rodzeństwo. Byli nierozłączni – śmiali się razem, płakali razem, a ja kochałam ich oboje równie mocno.
Po dwóch latach Magda pojawiła się nagle w moim życiu. Przyszła do mnie do domu z nowym partnerem i drogim samochodem zaparkowanym pod blokiem.
– Chcę odzyskać syna – powiedziała bez emocji.
Zamarłam. Chłopiec bawił się w pokoju obok z moją córką.
– On nie jest rzeczą! – wybuchłam. – Przez dwa lata nawet nie pytałaś, czy żyje!
– Byłam zajęta… Musiałam odbudować salon po pandemii… Teraz mam warunki, żeby być matką.
Poczułam gniew i rozpacz jednocześnie. Jak mogła tak po prostu wrócić i żądać dziecka? Przecież on mnie kochał jak matkę! Przecież ja byłam jego rodziną!
Sprawa trafiła do sądu rodzinnego. Przez miesiące żyłam w ciągłym stresie – przesłuchania, wizyty kuratora, opinie psychologów… Chłopiec płakał każdej nocy i pytał: „Mamusiu, czy mnie oddasz?” Moje serce pękało na tysiąc kawałków.
W końcu sąd zdecydował: chłopiec zostaje ze mną jako rodziną zastępczą. Magda może go odwiedzać raz w miesiącu pod nadzorem kuratora.
Dziś minęło już pięć lat od tamtych wydarzeń. Chłopiec mówi do mnie „mamo” bez zawahania. Magda pojawia się rzadko – zawsze elegancka, pachnąca drogimi perfumami, ale obca dla własnego syna.
Czasem zastanawiam się: czy zrobiłam dobrze? Czy miałam prawo odebrać jej dziecko? Czy miłość naprawdę wystarczy, by być matką?
A może to właśnie los postawił mnie na jego drodze? Czy każda kobieta jest gotowa na takie poświęcenie? Co byście zrobili na moim miejscu?