Zemsta Stasia, która nie trafiła w cel
„To już koniec, Marysia. Wiem wszystko.”
Staś stał w progu kuchni z twarzą tak spokojną, że aż strach było oddychać. W ręku ściskał mój telefon. Na stole parowała herbata, a ja czułam, jak coś we mnie pęka, zanim zdążyłam zapytać, o co mu chodzi.
„Staś… oddaj mi to. To nie tak.”
„Nie tak?” parsknął. „Siedem lat. Siedem cholernych lat. A ty… ty mnie robisz na głupka. Ludzie się patrzą. I jeszcze ten twój… kolega.”
Słowo „kolega” wypowiedział tak, jakby było brudne.
Przez lata nasze uczucie nie słabło. Rosło. W bloku mówili: „Marysia ma szczęście. Staś złoty chłop.” A ja wierzyłam, że naprawdę mam. Że z taką miłością nic złego nie może się stać. Tylko że zazdrość nie spada jak grom z jasnego nieba. Ona sączy się powoli. Z pytań, z podejrzeń, z tych drobnych uwag, które niby są żartem.
„Po co ci taka sukienka do pracy?”
„Czemu tak długo byłaś u mamy?”
„Kto to dzwonił?”
A potem już tylko krótkie: „Pokaż.”
Najgorsze przyszło od ludzi. Od sąsiadek, co potrafiły stać na klatce jak na dyżurze.
„Marysiu, ty taka ładna… Staś to musi mieć ciężko, co?” powiedziała kiedyś Grażyna, niby z uśmiechem.
Widziałam, jak Staś to połknął. Jak wciągnął w siebie ten jad, choć udawał, że nic.
Tego dnia w kuchni nie płakałam. Jeszcze nie. Bo wciąż miałam nadzieję, że to pomyłka.
„To jest rozmowa z Anką,” powiedziałam cicho. „Zobacz daty. Zobacz, o czym piszemy.”
„A tamto?”
Pokazał mi ekran. Zdjęcie bukietu. W tle mój parapet. I podpis: „Dzięki.”
Zrobiło mi się zimno.
„To od mamy,” wydukałam. „Na imieniny. Staś, proszę…”
On już nie słuchał.
„Myślisz, że ja jestem ślepy?” podszedł bliżej. „Wiesz, co ludzie mówią? Że ty się śmiejesz, a ja jestem ten frajer. Wiesz, co ja czuję, jak spotykam Ryszarda spod trójki i on się tak jakoś… uśmiecha?”
„Ryszard zawsze się uśmiecha,” wyrwało mi się, głupio, nerwowo.
I wtedy zobaczyłam, jak Staś zaciska szczękę.
„Dobra. To ja ci pokażę,” powiedział. „Zobaczysz, jak to jest. Jak boli.”
Nie krzyczał. To było gorsze.
Wyszedł trzaskając drzwiami tak, że zadrżały szklanki. Zostałam sama, ze swoją herbatą i z tym telefonem, którego nie miałam siły dotknąć. Wyszłam na balkon. Poniżej, na podwórku, kwitły białe kwiaty na krzaku przy śmietnikach. Ktoś je kiedyś posadził, żeby choć coś było ładnego w tym betonie.
Po godzinie zadzwoniła teściowa, Halina. Jej głos był ostrzejszy niż zwykle.
„Marysia, gdzie jest Staś?”
„Wyszedł. Pokłóciliśmy się.”
„Pokłóciliście się?” prychnęła. „On nie odbiera. A ja słyszałam już swoje. Wiesz, co mówią na bazarku? Że ty się z kimś spotykasz. Wstyd mi.”
„Pani Halino, to nieprawda.”
„Nieprawda, nieprawda… Zawsze tak mówią. A Staś? Staś się starał. Staś pracował. A ty?”
Zacisnęłam palce na poręczy balkonu.
„Ja też pracuję. I ja też się starałam. Ale on mi nie ufa.”
„Bo dajesz powody,” syknęła. I się rozłączyła.
Wieczorem Staś wrócił. Pachniał alkoholem. Miał w oczach to coś, co widuje się u ludzi, którzy chcą zrobić krzywdę, bo im się wydaje, że to ich uleczy.
„No i?” zapytał. „Czekasz?”
„Na co?”
„Na prawdę. Ja już swoją zrobiłem.”
Serce mi stanęło.
„Staś… co ty zrobiłeś?”
Usiadł ciężko na krześle, jakby nagle był starszy o dziesięć lat.
„Napisałem do Anki. Z twojego telefonu.”
„Co?!”
„Że… że się z nią spotykasz. Że ona kryje. Że ma cię pilnować. Żeby się przyznała.”
Poczułam, jak odpływa mi krew z twarzy.
„Anka jest w ciąży,” wyszeptałam. „Staś… ona ma ciężki czas. Ona się boi wszystkiego.”
„A ja się nie boję?” odburknął. „Niech poczuje, jak to jest, jak cię ktoś obrzuci błotem.”
„Ty jej zniszczysz życie!”
„Nie przesadzaj.”
W tym samym momencie zadzwonił domofon. Długi, natarczywy. Jak alarm.
Zanim zdążyłam dojść do drzwi, Staś się podniósł.
„Nie otwieraj,” powiedział cicho.
Ale ja już wiedziałam.
Otworzyłam.
Anka stała na korytarzu w rozpiętej kurtce, bez czapki, z mokrymi policzkami. Oddychała jak po biegu. Oczy miała czerwone.
„Marysia… co ty… co to ma znaczyć?” głos jej się łamał. „Mój Paweł przeczytał… ktoś mu wysłał… On… on myśli, że ja…”
Za nią stał Paweł. Blady. Wściekły. I przerażony.
„Ja chcę tylko wiedzieć, czy to prawda,” powiedział głucho. „Bo jak to prawda, to… to ja nie wiem, co ja zrobię.”
Staś pojawił się w drzwiach kuchni. Oparł się o framugę. Zrobił minę, jakby oglądał cudzą awanturę.
„Staś…” powiedziałam. „Powiedz im, że to ty. Natychmiast.”
„Po co?” odbił. „Niech sobie pogadają. Tak jak ludzie gadają o nas.”
Anka spojrzała na niego, potem na mnie. W jej oczach była zdrada, której nie umiałam unieść.
„Ty na to pozwoliłaś?” wyszeptała.
„Nie!” krzyknęłam. „Anka, ja nie wiedziałam! To on… on…”
Paweł zrobił krok do przodu.
„Pan?” syknął do Stasia. „Pan napisał?”
Staś wzruszył ramionami.
„A co, zabolało?”
Paweł chwycił Ankę za rękę.
„Idziemy,” powiedział, ale w głosie miał pęknięcie. „Bo ja nie będę stał w cudzym teatrze.”
Anka wyrwała rękę.
„Paweł, proszę…”
I wtedy złapała się za brzuch. Osunęła się na ścianę, jakby nagle zabrakło jej kości.
„Anka!”
Wszystko stało się naraz. Mój krzyk. Jej płacz. Paweł bluzgający pod nosem, że „ja mówiłem, żebyś się nie denerwowała”. Staś, który pierwszy raz w życiu wyglądał, jakby naprawdę nie wiedział, co zrobić.
„Dzwoń po pogotowie,” powiedziałam do niego. „Teraz!”
„Ja… ja…”
„Staś!”
Zadzwonił. Ręce mu się trzęsły, choć zawsze się ze mnie śmiał, że to ja jestem „tą nerwową”.
Na korytarzu pachniało czyimś obiadem. Ktoś uchylił drzwi, ktoś szeptał. Czułam te spojrzenia, tę ciekawość. Jakby to było przedstawienie.
„Co tam się dzieje?” szepnęła Grażyna z drugiego piętra.
„Ciii…”
Anka jęczała cicho. Paweł klęczał przy niej. Ja trzymałam ją za dłoń.
„Oddychaj, kochana. Patrz na mnie. Oddychaj,” powtarzałam.
Staś stał z boku. Nagle podszedł i wyszeptał mi do ucha:
„Ja nie chciałem… ja tylko chciałem, żebyś ty poczuła.”
Odwróciłam się do niego powoli.
„Poczułam,” powiedziałam. „Tylko nie to, co chciałeś. Poczułam, że w naszym domu nie ma już bezpieczeństwa.”
Karetka zabrała Ankę. Paweł pojechał z nią. Na klatce jeszcze długo stał zapach zimnego powietrza i cudzej złości.
W mieszkaniu zapadła cisza. Tak gęsta, że słyszałam, jak kapie woda w łazience.
Staś usiadł przy stole.
„Powiedz coś,” mruknął.
„Co mam powiedzieć?”
„Że… że nie odejdziesz.”
Spojrzałam na niego. Na człowieka, którego kochałam i którego wszyscy nazywali „porządnym”. Na męża, który w imię dumy postanowił zniszczyć nie tylko mnie, ale i moją przyjaciółkę.
„Ja mam obowiązki,” powiedziałam cicho. „Wszyscy mi mówią: małżeństwo trzeba ratować. Mama powie, że kobieta ma wytrzymać. Twoja matka powie, że ja jestem winna. Sąsiedzi już wiedzą.”
„No właśnie,” wtrącił ostro. „Sąsiedzi.”
„A ja mam jeszcze siebie,” dodałam. „I nie wiem, czy ja potrafię zostać tam, gdzie kara jest ważniejsza niż miłość.”
Wstałam. Wzięłam z parapetu ten biały kwiat w doniczce, który dostałam na imieniny od mamy. Patrzyłam na niego chwilę.
„Widzisz?” powiedziałam do Stasia. „Ty chciałeś mnie ukłuć. A przebiłeś kogoś niewinnego.”
Nie odpowiedział. Tylko zakrył twarz dłońmi.
A ja po raz pierwszy od lat nie podeszłam, żeby go pocieszyć.
Dziś w nocy nie wiem jeszcze, czy to mój ostatni dzień w tym mieszkaniu. Wiem tylko, że miłość nie powinna wymagać dowodów i strachu.
Powiedzcie mi… gdzie kończy się obowiązek wobec rodziny, a zaczyna obowiązek wobec samej siebie? I czy da się odbudować zaufanie, kiedy ktoś celowo rozlał truciznę na wszystkich dookoła?