„Albo podpiszesz, albo mama jutro nie ma gdzie spać” — a ja trzymałam w ręku pełnomocnictwo, którego nie powinnam w ogóle widzieć

„Podpisujesz czy mam dzwonić do MOPS-u, żeby jutro zabrali mamę gdzieś na noc?” — Bartek rzucił to tak, jakby mówił o zamówieniu pizzy.

Stałam w kuchni u mamy w bloku na Prądniku w Krakowie, jeszcze w kurtce, bo dopiero co przyjechałam po pracy. Na stole leżała teczka z kancelarii notarialnej, obok kubek z herbatą, która już była zimna. Mama siedziała na taborecie, w tych swoich wełnianych skarpetach, patrzyła w podłogę. Nawet nie podniosła głowy.

— Co ty gadasz? — powiedziałam, ale głos mi się jakoś załamał. — Jakie „zabrali”?

— Nie przekręcaj. — Bartek zacisnął usta. — Mama nie ma na czynsz. Ja już nie dokładam. Ty też nie dokładasz. To jest rozwiązanie.

— Ja nie dokładam? — prychnęłam. — Przecież wysyłam co miesiąc!

— Wysyłałaś. — podkreślił. — A potem przestałaś, bo „kredyt, bo rata, bo dziecko”.

No tak. Przestałam. Dwa miesiące temu. Mąż stracił robotę w hurtowni, a ja w Rossmannie robię na cały etat i jeszcze łapię dodatkowe zmiany jak się da, ale to i tak… no. Rata za mieszkanie na Ruczaju nie poczeka.

Bartek przesunął w moją stronę kartkę.

— Pełnomocnictwo. Mama daje mi prawo załatwiać jej sprawy. W ZUS-ie, w banku, w spółdzielni. Wszystko. Podpis i koniec dramy.

— Mama? — spojrzałam na nią w końcu. — Ty wiesz, co to jest?

Mama wzruszyła ramionami.

— Bartek mówił, że to… żebym nie musiała chodzić po urzędach. Ja już nie mam siły.

I w tym momencie wzięłam tę kartkę i zobaczyłam, że to nie jest żadne „żebym nie musiała chodzić”. Tam było też o zarządzaniu kontem, o zaciąganiu zobowiązań, o sprzedaży… no prawie wszystkiego.

— Bartek, ty chcesz mi powiedzieć, że mama ci daje prawo sprzedać jej mieszkanie? — zapytałam cicho.

— Nie dramatyzuj. — odburknął. — Nikt nic nie sprzedaje. Na razie.

„Na razie”. To mnie uderzyło.

— Daj mi telefon mamy. — powiedziałam.

— Po co?

— Po prostu daj.

Wziął go z szafki, podał z miną, jakbym robiła scenę przed sąsiadami. Otworzyłam aplikację banku, bo mama ma wszystko zapisane, hasło na karteczce w portfelu. I zobaczyłam przelew sprzed trzech tygodni: 18 000 zł. Opis: „samochód”.

— Mama ma samochód? — spojrzałam na nich. — Kiedy?

Bartek od razu zrobił się czerwony.

— To nie twoja sprawa.

— Jak nie moja?! — już mi się ręce trzęsły. — Mama ledwo schodzi do Żabki, a ty robisz przelew na osiemnaście tysięcy „samochód”?

Mama w końcu podniosła wzrok.

— Bartek mówił, że… że potrzebuje do pracy. Że odda.

— Oddał? — zapytałam.

Cisza.

— No właśnie. — powiedziałam, czując jak mi puls wali w uszach. — Ty wziąłeś od mamy pieniądze.

— Pożyczyłem. — syknął. — Pożyczyłem, bo jakbyś była tu częściej, to byś wiedziała, że mi się wszystko posypało.

— Co się posypało?

— Leasing. — rzucił. — Spóźniłem się z dwoma ratami, w firmie mi ucięli zlecenia, komornik już… dobra, nieważne. Miałem wybór: albo biorę od mamy i ratuję robotę, albo mnie wywalają i wtedy dopiero mama ma problem.

— Aha, czyli ty ratujesz robotę jej pieniędzmi, a teraz chcesz mieć pełnomocnictwo, żeby „załatwiać sprawy”? — nie wytrzymałam. — Super.

Mama zaczęła coś mówić, ale tak cicho, że ledwo słyszałam.

— Ja mu powiedziałam, żeby… żeby mi nie mówił. Żebyś się nie denerwowała. Ty zawsze… — urwała.

— Zawsze co? — zapytałam ostro.

— Zawsze robisz awanturę. — powiedziała i aż mnie zatkało.

Bartek od razu podchwycił.

— No! W końcu ktoś to powiedział. Ty przyjeżdżasz raz na dwa tygodnie, robisz kontrolę jak w skarbówce, a potem wracasz do swojego życia.

— Bo ktoś musi pracować, Bartek! — krzyknęłam. — Ja mam dziecko, kredyt i…

— I męża, który siedzi w domu. — wtrącił.

Uderzyło mnie to, że on to tak mówi, jakby mnie chciał upokorzyć przy mamie.

— Nie będę z tobą o tym gadać. — powiedziałam i odwróciłam się do mamy. — Mamo, czy ty w ogóle wiesz, ile masz na koncie? Czy ty widzisz, co się dzieje?

— Ja nie chcę wiedzieć. — mama powiedziała nagle twardo. — Ja chcę spokoju. Bartek jest tu codziennie. Ty… ty jesteś daleko.

No i tu mi coś przeskoczyło, bo ja zawsze myślałam, że ona jest „po mojej stronie”, że tylko Bartek miesza. A ona… ona po prostu wybrała to, co jest łatwiejsze. Kto poda herbatę, kto pójdzie do apteki, kto zadzwoni po hydraulika, jak sąsiad z góry zaleje.

— To dlaczego do mnie dzwonisz, jak trzeba dopłacić do leków? — wyrzuciłam.

Mama spuściła głowę.

— Bo ty… ty masz. Bartek nie ma.

Bartek prychnął.

— No właśnie. A teraz ty udajesz biedną, bo dwa miesiące nie przelałaś. Mama ma zaległość w spółdzielni, przyszło pismo. Ja już byłem, rozmawiałem, dają czas do końca miesiąca. Skąd mamy wziąć? Z powietrza?

— A te osiemnaście tysięcy? — zapytałam.

— Już nie ma. — powiedział i nawet nie mrugnął. — Poszło.

I wtedy mama powiedziała coś, co mnie kompletnie rozwaliło:

— Ja mu dałam, bo ja się bałam. — powiedziała. — Jak on mi powiedział, że jak mu zabiorą samochód i pracę, to pójdzie… no… że on już nie ma po co żyć.

Bartek spojrzał na nią tak, jakby chciał ją uciszyć, ale ona już poszła dalej.

— I ja nie chciałam… ja już jednego mężczyznę w domu straciłam, ja nie chcę drugi raz… — urwała i zaczęła płakać.

Mój ojciec zmarł nagle, zawał, pięć lat temu. Mama od tamtej pory żyje jakby na pół gwizdka. A ja nagle zobaczyłam, że Bartek gra na jej strachu. Albo… naprawdę mu odbiło? Nie wiem.

— Bartek, ty jej tak powiedziałeś? — spytałam.

— Ja powiedziałem, że nie wytrzymam. — odpowiedział, ale ciszej. — Że mnie to wszystko przerasta. I co, to przestępstwo?

I znowu… ja nie umiałam powiedzieć, że on kłamie. Bo on wyglądał źle. Schudł, miał jakieś cienie pod oczami, nerwowo drapał się po ręce. Tylko że to dalej nie tłumaczyło, dlaczego chce pełnomocnictwo z prawem do sprzedaży mieszkania.

— Po co to jest, Bartek? — zapytałam już spokojniej, ale tak, że aż mnie bolało gardło. — Powiedz mi prawdę.

On odsunął krzesło, usiadł ciężko.

— Bo spółdzielnia straszy sądem. Bo mama ma jeszcze chwilówkę. — powiedział szybko.

— Jaką chwilówkę? — spojrzałam na mamę.

Mama zamarła.

— Mamo…

— Wzięłam. — wyszeptała. — Na pogrzeb taty i na te twoje… no… żeby ci pomóc wtedy z wkładem własnym. Pamiętasz, jak brakowało?

Mnie aż zatkało. Bo pamiętałam. Brakowało nam wtedy kilkunastu tysięcy i mama „pożyczyła od znajomej”. Tak mówiła. A ja wzięłam, bo co miałam zrobić. Nawet nie pytałam.

Bartek spojrzał na mnie, jakby chciał powiedzieć: „No i co teraz?”

— Czyli ja mieszkam w mieszkaniu, które… w części jest z chwilówki mamy? — powiedziałam i nagle zrobiło mi się słabo.

— Nie mieszaj. — Bartek machnął ręką. — Po prostu trzeba to ogarnąć. Pełnomocnictwo jest po to, żebym mógł dogadać się z bankiem i spółdzielnią, bo jak mama sama pójdzie, to ją… no.

— A czemu ja nie mogę? — zapytałam.

— Bo ty chcesz wszystko robić po swojemu. I będziesz kazała mamie sprzedać mieszkanie od razu, żeby spłacić twoje sumienie. — wypalił.

— Ja?! — prawie się zaśmiałam. — Ty już prawie je sprzedajesz na papierze!

Mama zaczęła powtarzać:

— Ja nie chcę sprzedaży, ja chcę tu zostać… ja tu wszystko mam…

I w tym momencie, serio, pierwszy raz przeszło mi przez głowę, że może my wszyscy robimy to samo: każdy ciągnie w swoją stronę, tylko pod inną przykrywką. Ja niby „dla dobra mamy”, ale też dlatego, że jak ona straci mieszkanie, to ja będę musiała ją wziąć do siebie, a u nas dwa pokoje i dziecko, i mąż bez pracy. Bartek niby „opiekuje się”, ale też ratuje siebie. Mama niby „chce spokoju”, ale też ukrywa, bo jej wstyd.

W końcu powiedziałam:

— Dobra. Nie podpiszę tego tak. Jedziemy razem do notariusza i do banku. Ja chcę wgląd we wszystko. I żadnych przelewów bez gadania.

Bartek się wkurzył.

— Nie będziesz mi stawiać warunków.

— Będę, bo jak nie, to jutro składam wniosek w sądzie o ustanowienie kuratora do spraw majątkowych. — sama byłam w szoku, że to powiedziałam, bo nie wiem nawet, czy to tak działa, ale chciałam go zatrzymać.

Mama złapała mnie za rękę.

— Nie róbcie wojny…

— Mamo, to już jest wojna, tylko ty udajesz, że nie. — powiedziałam.

I wyszłam na klatkę, żeby złapać oddech. Na schodach stała sąsiadka z czwartego, pani Ela, i udawała, że szuka kluczy w torebce, ale wiadomo było, że słucha.

Wróciłam do kuchni i Bartek już zbierał papiery.

— Jak chcesz. — powiedział. — Tylko pamiętaj, że jak to się rozleci, to ty będziesz winna. Bo ja naprawdę nie mam z czego.

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na mamę, jak siedzi i ociera oczy rękawem swetra.

Teraz siedzę u siebie na Ruczaju, młody śpi, mąż patrzy na mnie jak na bombę, bo widzi, że coś jest nie tak, a ja nie wiem, co mu powiedzieć. Z jednej strony mam ochotę iść na policję, bo to brzmi jak okradanie starszej osoby. Z drugiej… ja też skorzystałam z tych pieniędzy, tylko wtedy udawałam, że nie pytam skąd.

No i co ja mam zrobić? Dać Bartkowi to pełnomocnictwo, ale pod kontrolą? Czy w ogóle mu nie ufać i wciągnąć sąd, tylko wtedy mama tego nie przeżyje? Jakbyście byli na moim miejscu, co byście zrobili?