Przyłapali mnie na kasie z najtańszym chlebem i mlekiem. Do dziś nie wiem, czy bardziej zawaliłam jako matka, czy jako człowiek
„Proszę iść z nami na zaplecze” – usłyszałam tuż przy bramkach w Biedronce, z bułką w ręce i reklamówką przewieszoną przez nadgarstek. Myślałam, że chodzi o paragon. Nie chodziło.
Ochroniarz spojrzał na mnie tak, jakby takich jak ja widział codziennie.
– Ma pani nieopłacony towar.
W torbie miałam chleb tostowy, mleko, masło i paczkę parówek. Nic „luksusowego”. Razem chyba niecałe 30 zł. I właśnie to było w tym najgorsze. Nie perfumy, nie alkohol, nie kosmetyki. Zwykłe jedzenie.
Usiadłam na krześle w małym pokoju obok magazynu i od razu powiedziałam:
– Wiem. Nie będę się wypierać.
Ręce mi się trzęsły. Najbardziej bałam się, że wezwą policję, a jeszcze bardziej, że ktoś znajomy mnie zobaczy. Mieszkamy w niedużym mieście, tutaj wszystko się roznosi szybciej niż plotki na osiedlu.
To nie było tak, że planowałam „zawód złodziejki”. Jeszcze rok temu bym sama napisała pod takim postem, że jak ktoś kradnie, to niech ponosi konsekwencje. Tylko że rok temu pracowałam normalnie w sklepie odzieżowym w galerii, miałam męża w domu, a nie tylko alimenty zasądzone na papierze, których i tak nie widzę po kilka miesięcy.
Po rozstaniu wróciłam z dzieckiem do mamy do mieszkania w bloku z wielkiej płyty. Miało być „na chwilę”. Wyszło jak zwykle. Mama ma niską emeryturę, do tego leki na nadciśnienie i cukrzycę, a ja po likwidacji sklepu dostałam tylko kawałek odprawy i obietnicę, że „jak coś będzie, to zadzwonią”. Nie zadzwonili.
Jasne, mogłam iść do MOPS-u i poszłam. Złożyłam papiery, dostałam zasiłek celowy raz, później informację, że przekraczamy kryterium o jakieś śmieszne kilkadziesiąt złotych, bo mama ma emeryturę, a ja mam alimenty wpisane, choć ich realnie nie dostaję. Na świadczenia rodzinne też wieczne donieś, uzupełnij, proszę czekać. Kto chodził, ten wie.
Nie mówię tego, żeby się wybielić. Miałam też swoje błędy. Za długo udawałam przed rodziną, że „ogarniam”. Brałam chwilówki, żeby dociągnąć do pierwszego. Jedną spłacałam drugą. Jak przyszły monity, schowałam pisma do szuflady, żeby mama nie widziała. Sprzedałam złoty łańcuszek po babci, mówiąc, że „pewnie gdzieś się zapodział”. Do dziś mam z tego wyrzuty sumienia.
Tamtego dnia w portfelu miałam 12,40 zł. Na koncie minus. Do wypłaty z dorywczego sprzątania pensjonatu zostały trzy dni, ale właścicielka już uprzedzała, że może być po weekendzie, bo czeka na przelew. W domu była kasza, pół słoika dżemu i światło znowu miało termin płatności „na wczoraj”.
Najgorsze było to, co usłyszałam rano od dziecka.
– Mamo, ale jutro mogę mieć normalne śniadanie? Nie same płatki na wodzie?
Niby nic. Jedno zdanie. A mnie to rozwaliło.
Mama też ze mną rozmawiała, tylko po swojemu.
– Trzeba było wcześniej powiedzieć, że jest tak źle.
– Mówiłam.
– Nie, mówiłaś, że jest ciężko. A to różnica.
I miała rację, chociaż wtedy mnie to wściekło. Bo ja nie chciałam kolejny raz słyszeć, że „za naszych czasów też było biednie”. Tylko że ona naprawdę nie wiedziała, że po nocach liczę, co odpuścić: prąd, ratę, internet dziecka do szkoły czy leki dla niej.
W tym pokoju na zapleczu siedziała też kierowniczka zmiany. Młodsza ode mnie, zmęczona tak samo jak ja.
– Wie pani, że musimy to zgłosić? – powiedziała.
– Wiem.
– Dlaczego pani to zrobiła?
I wtedy palnęłam najgorsze możliwe zdanie:
– Bo nie miałam za co kupić jedzenia.
Brzmiało jak tani tekst pod litość. Sama bym w to nie uwierzyła na ich miejscu. Ochroniarz prychnął tylko:
– Każdy tak mówi.
A potem zadzwonił mój telefon. Mama.
Odebrałam odruchowo.
– Kupiłaś mleko? Bo mała płacze, że jest głodna.
W pokoju zrobiła się cisza. Kierowniczka spuściła wzrok. Ja chciałam zapaść się pod ziemię.
Nie wezwali policji. Spisali moje dane, kazali podpisać jakieś dokumenty o próbie kradzieży i zakaz wejścia do sklepu przez określony czas. Powiedzieli, że tym razem kończy się tak, ale następnego razu może nie być. Tyle. Niby „łagodnie”, ale wyszłam stamtąd bez godności.
I tu jest rzecz, która pewnie część osób oburzy. Gdy wróciłam do domu i powiedziałam mamie prawdę, ona najpierw się rozpłakała, a potem otworzyła kopertę z pieniędzmi schowaną w szafie.
– Odkładałam na dentystę i na opał na działkę – powiedziała. – Nie mówiłam, bo bałam się, że znów wszystko się rozejdzie.
Zrobiło mi się słabo. Bo z jednej strony byłam zła, że trzymała pieniądze, kiedy ja tonęłam. A z drugiej – przecież miała prawo się bać. Już wcześniej pożyczała mi „na chwilę”, a ja oddawałam później albo wcale. Raz nawet wzięłam od niej z portfela 200 zł i przez dwa tygodnie udawałam, że może źle policzyła emeryturę. Potem oddałam, ale niesmak został.
Czyli to nie było tak, że wszyscy mnie zostawili. Część problemu zrobiłam sama. Przez dumę, przez wstyd, przez chowanie głowy w piasek. Tylko że to też nie zmienia faktu, że naprawdę byłam wtedy pod ścianą.
Od tamtej sytuacji minęły dwa miesiące. Znalazłam pół etatu w piekarni, komornika jeszcze nie mam, ale windykacja dzwoni regularnie. Z byłym dalej walczę o alimenty przez komornika i fundusz alimentacyjny. Z mamą żyjemy ostrożniej, szczerzej, chociaż napięcie dalej wisi w powietrzu. Do tamtej Biedronki nadal nie weszłam, choć to najbliższy sklep.
Najbardziej siedzi mi w głowie nie to, że złamałam przepisy, tylko że przez chwilę sama sobie to usprawiedliwiłam bez żadnego „ale”. Jakby głód dziecka automatycznie zdejmował ze mnie odpowiedzialność za wszystko inne. A przecież świat tak nie działa.
I teraz serio pytam: gdy człowiek robi coś nielegalnego, bo naprawdę nie widzi innego wyjścia, to powinno się go oceniać tak samo jak każdego innego, czy jednak skrajna bieda coś tu zmienia?