Mam dziesięć córek i całe życie słyszałam, że to za mało
„I komu ja to wszystko zostawię?”
Andrzej powiedział to przy niedzielnym obiedzie, mieszając rosół tak, jakby mówił o pogodzie. Dziewczyny zamilkły. Najmłodsza, Zosia, odłożyła łyżkę i spojrzała na mnie wielkimi oczami. Teściowa siedziała naprzeciwko i tylko pokiwała głową, jakby właśnie ktoś powiedział świętą prawdę. A ja stałam przy kuchence i czułam, jak mi się ręce trzęsą.
Mamy dziesięć córek. Dziesięć. Każdą urodziłam z bólem, strachem i nadzieją, że może tym razem Andrzej mnie przytuli, uśmiechnie się tak naprawdę, nie tylko do ludzi. Po pierwszej, po drugiej jeszcze było jakoś. Po trzeciej zaczęły się teksty. Że może trzeba się pomodlić. Że może lekarza zmienić. Że szkoda, bo chłop by się przydał. Jakby dziecko było częścią zamówienia, które źle przyszło.
Mieszkamy w małej miejscowości pod Jarosławiem. Każdy każdego zna. Jak wyjdziesz do sklepu po chleb, to wracasz z cudzymi opiniami w głowie. Sąsiadka potrafi niby życzliwie powiedzieć:
„Ale masz pomocnice, Małgosiu. Szkoda tylko, że syna Pan Bóg nie dał.”
I uśmiecha się, jakby to był komplement.
Andrzej nigdy oficjalnie nie powiedział, że to moja wina. Nigdy wprost. On tylko wzdychał. Przy gościach żartował, że „same baby w domu, chłopa brak”. Na imieninach u szwagra potrafił rzucić, że „nazwisko się zmarnuje”. Wszyscy się śmiali. Ja też. Tak głupio, odruchowo. Bo co miałam zrobić? Rozpłakać się nad sałatką jarzynową?
Najgorsze było to, że sama długo żyłam z takim cichym poczuciem, że naprawdę go zawiodłam. Wiem, jak to brzmi. Głupio. Ale jak słyszysz coś latami, to ci wchodzi pod skórę. Zwłaszcza jak teściowa co chwilę przypomina:
„U nas w rodzinie zawsze byli synowie. Nie wiem, po kim to.”
Po kim to. Jakby moje córki były jakąś wadą fabryczną.
A przecież one są niesamowite. Kasia studiuje pielęgniarstwo w Rzeszowie i dorabia w kawiarni. Magda zdała maturę najlepiej w szkole. Ola pomaga mi przy młodszych bardziej niż własny ojciec kiedykolwiek pomógł. Basia po lekcjach biega do babci z zakupami, choć ta sama babcia nieraz mówiła przy niej, że „dziewczyna to wyjdzie za mąż i pójdzie”. Każda z nich ma w sobie tyle siły, że czasem aż mnie ściska w gardle.
Tylko że ja też nie jestem święta.
Milczałam za długo.
Kiedy Andrzej nie przychodził na występy w szkole, tłumaczyłam go przed dziećmi, że ma robotę. Kiedy nie chciał dać pieniędzy na kurs angielskiego dla Magdy, mówiłam, że „tata się martwi o wydatki”, chociaż prawda była taka, że bez mrugnięcia okiem kupił sobie nowy opryskiwacz. Kiedy przy stole robił te swoje aluzje, uciszałam dziewczyny spojrzeniem, żeby nie odpowiadały. Bo bałam się awantury. Bałam się wstydu przed ludźmi. Bałam się, że jak to wszystko pęknie, to już nie poskładam domu.
A ten dom i tak się sypał, tylko po cichu.
Pękło miesiąc temu. W dzień osiemnastych urodzin Ani. Zrobiłam w domu skromne przyjęcie, sernik, sałatki, trochę balonów, bo wiadomo, pieniędzy nie ma za dużo. Andrzej wrócił później, po dwóch piwach od sąsiada. Dał Ani kopertę i przy wszystkich powiedział:
„No to teraz jeszcze mąż, dzieci i może chociaż ty urodzisz teścia wnuka.”
Zapadła taka cisza, że słyszałam tykanie zegara w dużym pokoju.
Ania najpierw pobladła, a potem powiedziała cicho:
„Tato, ja nie jestem inkubatorem.”
Teściowa aż się przeżegnała. Andrzej wstał tak gwałtownie, że krzesło się przewróciło.
„Jak ty do ojca mówisz?”
A ja wtedy, pierwszy raz od lat, nie stanęłam między nimi, żeby zagłaskać sprawę.
Powiedziałam:
„Normalnie mówi. Tak, jak powinna była powiedzieć już dawno.”
Andrzej patrzył na mnie, jakbym go zdradziła.
„Czyli co, teraz wszystkie będziecie przeciwko mnie?”
Nie krzyczałam. Właśnie to go chyba najbardziej zabolało.
„Nie przeciwko tobie. Tylko w obronie naszych dzieci. Bo to są też twoje dzieci, Andrzej. Nie gorsze. Nie wybrakowane. Nie przejściowe, aż się syn trafi.”
Wyszedł. Trzasnął drzwiami tak, że obrazek z komunii spadł ze ściany.
Przez trzy dni prawie się do mnie nie odzywał. Spał w małym pokoju. Teściowa wydzwaniała, że poniżyłam męża, że chłop ma prawo do żalu, że na wsi ludzie różnie gadają, a ja jeszcze dolewam oliwy do ognia. Jakby to ja zaczęła.
Ale potem stało się coś, czego się nie spodziewałam. Zosia, ta najmłodsza, przyniosła ze szkoły laurkę na Dzień Ojca. Nie dała jej Andrzejowi. Położyła na stole i powiedziała:
„Nie wiem, czy mam pisać, że jesteś najlepszym tatą, skoro smucisz się, że jestem dziewczynką.”
Andrzej usiadł. Po prostu usiadł i długo patrzył w ten stół. Pierwszy raz widziałam, że naprawdę go coś trafiło. Nie duma, nie złość. Wstyd.
Nie zmienił się nagle jak w filmie. Dalej bywa oschły. Dalej czasem palnie coś głupiego. Ale od tamtej pory zaczął jeździć z Olą na kurs prawa jazdy, pojechał do Rzeszowa do Kasi i pierwszy raz wrócił dumny, że „moja córka będzie pracować w szpitalu”. Może dopiero teraz do niego dochodzi, ile lat zmarnował.
A ja? Ja też mam sobie dużo do zarzucenia. Bo pozwoliłam, żeby moje dzieci dorastały w domu, gdzie musiały udowadniać, że są wystarczające. Tylko dlatego, że bałam się powiedzieć głośno: dość.
Najbardziej boli mnie to, że u nas naprawdę łatwiej wybacza się chłopu twardy charakter niż dziewczynkom samo istnienie. I że tyle lat też w tym siedziałam, zamiast to przeciąć.
Powiedzcie mi szczerze: czy za późno się obudziłam? I czy da się jeszcze posklejać rodzinę, kiedy tyle rzeczy zamiatało się pod dywan przez pół życia?