„Gdzie jest mój fotel?” — zapytała sąsiadka, a ja zrozumiałam, jak łatwo człowiek może zniknąć we własnym domu
— A mój fotel gdzie jest? — zapytała pani Irena, stojąc w progu mojego dużego pokoju tak, jakby weszła do siebie.
To było w listopadzie, już po Wszystkich Świętych, kiedy człowiekowi szybciej robi się ciemno nie tylko za oknem. Mieszkam sama w bloku od prawie trzydziestu lat. Jestem emerytowaną rejestratorką z przychodni, mam swoje przyzwyczajenia: rano herbata w grubym kubku, potem radio, po południu szydełko przy oknie. Ten fotel po mężu stał właśnie przy oknie. Trochę wysiedziany, trochę niemodny, ale mój.
Pani Irena z piętra wyżej wróciła ze szpitala po zabiegu biodra. Córka przyjechała tylko na dwa dni, potem musiała wracać do Gdańska. Na zebraniu wspólnoty usłyszałam, że starszej kobiecie przydałaby się pomoc, więc sama powiedziałam:
— To niech na razie przychodzi do mnie na obiady. Będzie jej łatwiej niż samej stać przy garnkach.
Na początku to było zwyczajne. Zupa, drugie, herbata. Zanosiłam jej czasem zakupy albo odbierałam receptę. Była wdzięczna, tylko bardzo niespokojna. Wszystko sprawdzała po dwa razy. Pytała, czy zamknęłam drzwi, czy wyłączyłam gaz, czy listonosz już był. Mówiłam sobie, że po chorobie człowiek bywa rozbity.
Któregoś dnia przyszłam z piwnicy, a ona siedziała w moim fotelu przy oknie. Koc miała już ułożony na poręczy, okulary na parapecie, obok talerzyk z herbatnikiem. Uśmiechnęła się i powiedziała:
— Tu jest najlepsze światło. U mnie takiego nie ma.
Niby nic. Przecież fotel to nie świętość. Ale przez następne dni zaczęła zostawiać u mnie coraz więcej drobiazgów: grzebień w łazience, kapcie pod wieszakiem, sweter na krześle w kuchni. Raz przyszła przed dziewiątą rano, bo „u mnie jakoś duszno”. Innym razem obraziła się, gdy powiedziałam, że chcę pobyć sama.
Najgorsze było to, że nie umiałam tego zatrzymać. W moim wieku człowiek już wie, że spokój jest ważny, a jednak dalej chciałam wyjść na porządną. Zaczęłam chodzić po własnym mieszkaniu jak gość. Nawet radio ściszałam, bo pani Irena mówiła, że ją boli głowa.
Przełom przyszedł przez głupi rosół. W niedzielę miała przyjść moja córka z wnukiem. Nastawiłam garnek, obrałam marchewkę, stół już prawie nakryty. A pani Irena usiadła w kuchni i powiedziała:
— To ja dziś też zostanę, bo sama nie będę siedzieć.
Popatrzyłam na ten rosół, na moje talerze wyjęte od święta, i nagle zamiast się tłumaczyć, spokojnie podałam jej kartkę.
— Pani Ireno, napisałam nam plan — powiedziałam. — W poniedziałki i czwartki pije pani u mnie herbatę, we wtorki robię zakupy, a w niedzielę mam czas dla rodziny i dla siebie. I fotel wraca pod moje okno.
Zrobiło jej się przykro, widziałam. Zaraz wyprostowała plecy.
— Czyli przeszkadzam.
— Nie. Tylko ja też tu mieszkam — odpowiedziałam.
Milczała dłuższą chwilę, potem bardzo powoli zdjęła z poręczy koc. Myślałam, że trzaśnie drzwiami albo już nigdy nie przyjdzie. A ona zapytała cicho:
— Mogłaby mi pani pomóc przestawić u mnie fotel? Ten stary, z małego pokoju. Żebym miała gdzie siedzieć przy oknie.
Poszłyśmy od razu. Jej mieszkanie było porządne, ale jakby przygaszone. Firanki zsunięte, na stole leki, wszędzie trochę strachu. Przestawiłyśmy fotel, doniczkę i małą lampkę. Powiesiłam jej jaśniejszą zasłonę, tę kremową, którą trzymała „na lepszą okazję”. Potem zrobiłam nam herbatę już u niej. W tych jej wyszczerbionych filiżankach po matce.
Siedziała chwilę, patrzyła w okno i nagle powiedziała:
— Wie pani, ja się chyba bałam wrócić do swojego życia. Jak człowiek leży w szpitalu i wszystko za niego robią, to potem nawet własne mieszkanie wydaje się obce.
Od tego dnia zaczęło się układać inaczej. Przychodziła wtedy, kiedy byłyśmy umówione. Ja już nie udawałam, że wszystko mi pasuje, a ona nie udawała, że niczego się nie boi. Czasem prosiła: „Posiedzi pani piętnaście minut?”. Czasem ja pukałam do niej z kawałkiem sernika. Na Boże Narodzenie sama zrobiła sałatkę jarzynową i przyniosła w szklanej misce, tej ciężkiej, starej.
Najbardziej zapamiętałam jednak zwykły wtorek. Weszłam do niej z zakupami, a mój fotel — ten po mężu — stał znowu tylko w moim pokoju, przy oknie, dokładnie tam, gdzie zawsze. Pani Irena usiadła u siebie i powiedziała z lekkim uśmiechem:
— Dobrze, że mi pani wtedy powiedziała. Bo człowiek czasem z cudzej dobroci robi sobie protezę odwagi.
Pomyślałam wtedy, że pomoc jest naprawdę dobra dopiero wtedy, gdy zostawia miejsce dla obu stron.