Teść, który pożera nasz dom: Czy rodzina ma swoje granice?

– Znowu zjadł cały sernik – pomyślałem, patrząc na puste naczynie w lodówce. Była niedziela, godzina dziewiąta rano, a ja już czułem narastającą gulę w gardle. W kuchni słychać było szuranie krzesła i znajomy, ciężki oddech. Teść, pan Zbigniew, siedział przy stole z kubkiem kawy i gazetą, jakby to był jego własny dom.

– Dzień dobry, synu – rzucił beznamiętnie, nie podnosząc wzroku znad krzyżówki. – Kawa już zimna, musisz sobie zrobić nową.

Nie odpowiedziałem. Przez chwilę stałem w progu, próbując zebrać myśli. Od miesięcy nasz dom był areną cichej wojny. Teść pojawiał się u nas niemal codziennie – czasem z pretekstem naprawy cieknącego kranu, innym razem „przypadkiem” przechodząc obok i wpadając na obiad. Z początku myślałem, że to tylko okres przejściowy po śmierci teściowej, ale z czasem jego wizyty stały się coraz dłuższe i coraz bardziej uciążliwe.

Moja żona, Ania, próbowała tłumaczyć: – On jest samotny, musi się jakoś odnaleźć…

Ale ja czułem się coraz bardziej jak gość we własnym domu. Nawet dzieci zaczęły pytać: – Tato, czy dziadek będzie dziś z nami jadł kolację?

Pewnego wieczoru, kiedy wróciłem z pracy, zastałem teścia w naszej kuchni. Stał przy blacie i kroił ostatni kawałek szynki – ten, który specjalnie schowałem na kanapki do pracy.

– Zbyszek, to miało być na jutro… – powiedziałem cicho.

Spojrzał na mnie zaskoczony, jakby nie rozumiał problemu.

– Przecież tu wszystko jest dla wszystkich. Nie przesadzaj.

Zacisnąłem pięści. W głowie kłębiły mi się myśli: czy naprawdę nie widzi, jak bardzo nas przytłacza? Czy nie rozumie, że potrzebujemy przestrzeni?

Wieczorem usiadłem z Anią przy stole. Dzieci już spały.

– Musimy coś zrobić – zacząłem ostrożnie. – On… on nas po prostu pożera. Nie tylko jedzenie, ale i naszą prywatność.

Ania spuściła wzrok.

– Wiem. Ale co mam zrobić? To mój ojciec…

– A ja jestem twoim mężem! – wybuchłem. – Czy naprawdę nie widzisz, jak bardzo mnie to boli?

W oczach Ani pojawiły się łzy. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy.

– Może… może powinniśmy z nim porozmawiać? – zaproponowała cicho.

Następnego dnia postanowiłem spróbować. Kiedy teść znów przyszedł „na kawę”, zaprosiłem go do salonu.

– Panie Zbyszku… – zacząłem niepewnie. – Chciałbym porozmawiać o kilku sprawach.

Spojrzał na mnie podejrzliwie.

– Coś się stało?

– Chodzi o to, że… ostatnio często pan do nas przychodzi. I to jest dla nas trudne. Potrzebujemy trochę prywatności.

Przez chwilę milczał. Potem odłożył gazetę i spojrzał mi prosto w oczy.

– Myślisz, że mi tu tak dobrze? Że chcę wam przeszkadzać? Po śmierci Haliny nie mam dokąd pójść. W domu cisza aż boli. Tu przynajmniej ktoś mówi do mnie po imieniu.

Poczułem ukłucie winy. Ale wiedziałem, że muszę być stanowczy.

– Rozumiem pana sytuację. Ale my też mamy swoje życie. Proszę… może ustalmy jakieś zasady? Na przykład wspólne obiady w niedzielę?

Teść westchnął ciężko.

– Dobrze. Spróbuję się dostosować.

Przez kilka dni rzeczywiście było lepiej. Teść pojawiał się rzadziej, a ja zacząłem oddychać pełną piersią. Ale spokój nie trwał długo.

Pewnego popołudnia wróciłem wcześniej do domu i zastałem go w pokoju syna. Przeglądał szuflady z zabawkami.

– Szukam prezentu dla wnuka – rzucił na moje pytające spojrzenie.

Znowu poczułem narastającą frustrację.

Wieczorem wybuchła kłótnia z Anią.

– On nie rozumie granic! – krzyczałem. – To już nie jest tylko kuchnia czy lodówka! On wchodzi wszędzie!

Ania płakała.

– Nie potrafię mu odmówić…

Wtedy po raz pierwszy pomyślałem o wyprowadzce. O tym, żeby zacząć wszystko od nowa, gdzieś daleko od rodzinnych zobowiązań i wiecznych kompromisów. Ale wiedziałem, że to niemożliwe.

Następnego dnia zadzwoniła do mnie siostra Ani, Marta.

– Słyszałam o waszych problemach z tatą – powiedziała cicho. – Może on powinien zamieszkać ze mną na jakiś czas?

Poczułem ulgę i jednocześnie wstyd. Czy naprawdę chcę pozbyć się starszego człowieka tylko dlatego, że przeszkadza mi w codzienności?

Wieczorem usiedliśmy wszyscy razem: ja, Ania i teść.

– Tato – zaczęła Ania drżącym głosem – może dobrze by ci zrobiła zmiana otoczenia? Marta zaprasza cię do siebie na kilka tygodni…

Teść milczał długo. W końcu skinął głową.

– Może macie rację…

Kiedy zamknęły się za nim drzwi, poczułem ulgę i… pustkę. Przez chwilę słuchałem ciszy w domu i zastanawiałem się, czy naprawdę o to mi chodziło.

Dziś mijają dwa tygodnie odkąd teść wyjechał do Marty. Dom jest spokojny, dzieci śmieją się głośniej niż zwykle, a ja mogę spokojnie napić się kawy rano bez strachu o pustą lodówkę. Ale gdzieś w środku czuję wyrzuty sumienia i pytanie: czy można postawić granice rodzinie bez poczucia winy? Czy naprawdę jestem złym człowiekiem tylko dlatego, że chciałem odzyskać swój dom?

Czy wy też mieliście kiedyś podobny dylemat? Jak postawić granice bliskim i nie stracić siebie?