Zamiana mieszkań – czy można zaufać własnej teściowej? Moja walka o dom i godność

– Nie rozumiesz, Marto, to dla nas wszystkich będzie lepiej – głos teściowej, pani Haliny, odbijał się echem po mojej kuchni. Stała przy oknie, z filiżanką kawy w dłoni, patrząc na szare bloki za szybą. Ja siedziałam przy stole, ściskając w dłoniach kubek herbaty tak mocno, że aż bolały mnie palce.

– Ale dlaczego muszę przepisać mieszkanie na panią? – zapytałam cicho, czując jak łzy napływają mi do oczu. – Przecież to jest moje jedyne zabezpieczenie…

Teściowa westchnęła teatralnie. – Bo ja już nie mam siły mieszkać na czwartym piętrze bez windy. Ty i Michał jesteście młodzi, dacie sobie radę. A ja… ja już nie mam zdrowia. Poza tym, przecież jesteśmy rodziną. Rodzina powinna sobie ufać.

Rodzina powinna sobie ufać. Te słowa dźwięczały mi w głowie przez kolejne dni. Michał, mój mąż, był rozdarty. Z jednej strony chciał pomóc matce, z drugiej widział mój strach i niepokój. Nasze rozmowy stawały się coraz bardziej nerwowe.

– Marta, ona naprawdę nie da rady tam mieszkać – mówił wieczorami, gdy dzieci już spały. – Przecież to tylko formalność. I tak będziemy razem…

– Michał, a jeśli coś się stanie? Jeśli twoja mama zmieni zdanie? Jeśli zostaniemy bez niczego?

– Przesadzasz! – wybuchał czasem. – Moja mama nie jest taka!

Ale ja pamiętałam inne sytuacje. Pamiętałam, jak teściowa potrafiła być uparta i bezwzględna, gdy chodziło o jej interesy. Jak potrafiła manipulować Michałem, grając na jego poczuciu winy. Jak kiedyś powiedziała mi wprost: „Rodzina to rodzina, ale każdy musi dbać o siebie”.

W końcu zgodziłam się na spotkanie u notariusza. Siedzieliśmy wszyscy przy jednym stole – ja, Michał i pani Halina. Notariusz czytał dokumenty, a ja czułam się jakby ktoś wyrywał mi serce.

– Proszę podpisać tutaj – powiedział notariusz.

Drżały mi ręce. Spojrzałam na Michała. Unikał mojego wzroku.

– Czy na pewno chce pani to zrobić? – zapytał notariusz.

Chciałam krzyknąć: NIE! Ale spojrzenie teściowej było zimne i twarde jak stal.

Podpisałam.

Przez pierwsze tygodnie po zamianie wszystko wydawało się w porządku. Zamieszkaliśmy z Michałem i dziećmi w większym mieszkaniu teściowej na czwartym piętrze. Ona przeprowadziła się do naszego dawnego mieszkania na parterze. Ale bardzo szybko zaczęły się problemy.

Teściowa zaczęła nas odwiedzać bez zapowiedzi. Krytykowała wszystko: „Dlaczego dzieci tak hałasują?”, „Czemu masz taki bałagan?”, „Michał, powinieneś bardziej dbać o rodzinę!”. Czułam się coraz bardziej osaczona.

Pewnego dnia przyszło pismo z banku. Okazało się, że teściowa zaciągnęła kredyt pod zastaw mieszkania… mojego dawnego mieszkania! Zrobiło mi się słabo.

– Michał! Twoja mama zadłużyła nasze mieszkanie! – krzyczałam przez łzy.

Michał był w szoku. Pojechał do matki.

– Mamo, co ty zrobiłaś?!

– To już nie wasza sprawa – odpowiedziała chłodno. – Mieszkanie jest moje. Potrzebowałam pieniędzy.

Zaczęła się walka o każdy dzień. Bank groził eksmisją, a my nie mieliśmy już żadnych praw do mieszkania na parterze. Nasze życie zamieniło się w koszmar.

Michał próbował rozmawiać z matką, błagał ją o wycofanie się z kredytu. Ona jednak była nieugięta.

– To wy mnie zostawiliście samą! Teraz ja muszę zadbać o siebie!

W końcu Michał nie wytrzymał i wyprowadził się do kolegi. Zostałam sama z dziećmi w mieszkaniu na czwartym piętrze, które coraz bardziej przypominało więzienie niż dom.

Każdego dnia budziłam się ze ściśniętym żołądkiem. Bałam się listonosza, bałam się dzwonka do drzwi. Bałam się przyszłości.

Któregoś wieczoru usiadłam przy stole i napisałam list do teściowej:

„Pani Halino,
Nie wiem, co panią do tego skłoniło. Wiem tylko jedno: straciłam dom i rodzinę przez własną naiwność. Mam nadzieję, że kiedyś pani zrozumie, ile bólu mi pani sprawiła.”

Nie wysłałam tego listu. Schowałam go do szuflady razem z aktem notarialnym, który podpisałam tamtego dnia.

Minęły miesiące. Michał wrócił do domu, ale już nic nie było takie samo. Zaufanie między nami pękło jak cienkie szkło.

Często zastanawiam się: czy mogłam postąpić inaczej? Czy powinnam była zaufać własnej intuicji zamiast rodzinie? Czy naprawdę można zaufać najbliższym, gdy w grę wchodzą pieniądze i poczucie bezpieczeństwa?

A wy? Co byście zrobili na moim miejscu? Czy rodzina zawsze zasługuje na zaufanie?