„Kto ma prawo nadać imię mojemu synowi?” – Opowieść o walce matki w polskiej rodzinie
— Nie zgadzam się! — głos mojej teściowej przebił się przez ciszę poranka, kiedy jeszcze leżałam w łóżku, tuląc się do poduszki. — Synu, przecież obiecałeś ojcu, że jeśli kiedyś będziesz miał syna, nazwiesz go Stanisław! To tradycja w naszej rodzinie!
Słyszałam każde słowo. Mój mąż, Paweł, próbował coś tłumaczyć, ale jego głos był cichy, niepewny. — Mamo, może zapytamy jeszcze Kasię? W końcu to ona będzie rodzić…
— Co ty mówisz, Pawle? — przerwała mu ostro. — Kobieta powinna się cieszyć, że ma męża i rodzinę! Imię to sprawa rodu!
Zamarłam. Przez dziewięć lat naszego małżeństwa nauczyłam się milczeć. Godziłam się na święta u teściów, na ich zupę grzybową zamiast mojej ulubionej pomidorowej, na wakacje w ich domku nad jeziorem, chociaż marzyłam o górach. Ale teraz chodziło o moje dziecko. O moje prawo do decydowania.
Wstałam powoli, czując jak serce wali mi w piersi. W kuchni zapadła cisza, gdy weszłam. Teściowa spojrzała na mnie z wyższością, Paweł spuścił wzrok.
— Słyszałam waszą rozmowę — powiedziałam cicho, ale stanowczo. — Chciałabym, żebyśmy razem wybrali imię dla naszego syna.
Teściowa prychnęła. — Ty nie rozumiesz, Kasiu. Stanisław to imię z tradycją! Twój teść miał na imię Stanisław, jego ojciec też…
— A ja chciałabym, żeby mój syn miał imię, które coś dla mnie znaczy — przerwałam jej drżącym głosem. — Może Michał? Tak miał na imię mój brat…
Paweł spojrzał na mnie zaskoczony. — Kasiu, nigdy mi nie mówiłaś…
Łzy napłynęły mi do oczu. — Bo nigdy nie pytałeś.
Teściowa zacisnęła usta. — Nie pozwolę na to! W naszej rodzinie nie było Michała i nie będzie!
Przez chwilę nikt się nie odezwał. Czułam, jak narasta we mnie bunt. Przez lata pozwalałam innym decydować za mnie. Ale teraz…
— To moje dziecko — powiedziałam cicho. — I ja też mam prawo decydować.
Teściowa wstała gwałtownie od stołu. — Pawle! Powiedz coś swojej żonie!
Mój mąż wyglądał na zagubionego. — Mamo… może rzeczywiście powinniśmy razem podjąć decyzję…
— Ty zawsze byłeś miękki! — syknęła teściowa i wybiegła z kuchni.
Zostaliśmy sami. Paweł patrzył na mnie długo w milczeniu.
— Kasiu… Ja po prostu nie chcę nikogo zranić. Mama… ona tyle przeszła po śmierci taty…
— A ja? — zapytałam szeptem. — Ja też coś czuję.
Wyszedł bez słowa. Zostałam sama w kuchni, z dłońmi zaciśniętymi na brzuchu. Czułam ruchy synka i łzy spływające po policzkach.
Przez kolejne dni atmosfera w domu była napięta jak struna. Teściowa przestała się do mnie odzywać, Paweł unikał rozmów o dziecku. W nocy płakałam w poduszkę, bo czułam się samotna jak nigdy dotąd.
Pewnego wieczoru zadzwoniła moja mama.
— Kasiu, co się dzieje? Słyszę po głosie, że coś jest nie tak.
Opowiedziałam jej wszystko. O tym, jak zawsze byłam „tą grzeczną”, która nie sprawia problemów. O tym, jak bardzo boję się kolejnej kłótni.
— Kochanie — powiedziała cicho mama — czasem trzeba zawalczyć o siebie. Jeśli teraz odpuścisz, będziesz żałować przez całe życie.
Tej nocy nie spałam prawie wcale. Rano spojrzałam w lustro i zobaczyłam kobietę zmęczoną, ale zdeterminowaną.
Kiedy Paweł wrócił z pracy, czekałam na niego w salonie.
— Musimy porozmawiać — zaczęłam stanowczo. — To nasze dziecko i chcę mieć wpływ na jego imię. Jeśli nie potrafisz postawić się swojej mamie, zrobię to sama.
Patrzył na mnie długo.
— Kasiu… Ja naprawdę nie chcę cię ranić. Ale mama…
— Mama nie będzie wychowywać naszego syna! Ja będę! I jeśli pozwolisz jej decydować za nas teraz, to będzie decydować zawsze!
Widziałam w jego oczach walkę – pomiędzy lojalnością wobec matki a mną.
— Dobrze — powiedział w końcu cicho. — Wybierzmy razem imię.
Ulga była tak wielka, że aż usiadłam z wrażenia.
Następnego dnia przy śniadaniu Paweł powiedział teściowej:
— Mamo, zdecydowaliśmy z Kasią razem wybrać imię dla naszego syna.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Zdradzasz rodzinę?
— Nie zdradzam nikogo — odpowiedział spokojnie Paweł. — Po prostu szanuję moją żonę.
Teściowa wyszła trzaskając drzwiami.
Nie było łatwo przez kolejne tygodnie. Czułam jej chłód i złość za każdym razem, gdy się widziałyśmy. Ale wiedziałam już jedno: nie mogę żyć tylko dla innych.
Poród był trudny i długi. Kiedy położna podała mi synka i zapytała o imię, spojrzałam na Pawła.
— Michał — powiedzieliśmy razem.
Poczułam wtedy coś więcej niż radość – poczułam siłę.
Dziś Michał ma trzy lata i jest najważniejszą osobą w moim życiu. Z teściową bywa różnie – czasem rozmawiamy tylko o pogodzie, czasem milczymy całymi dniami. Ale już nigdy nie pozwoliłam nikomu decydować za mnie w sprawach najważniejszych.
Czasem patrzę na Michała i pytam siebie: ile kobiet w Polsce codziennie musi walczyć o swoje prawo do bycia matką na własnych zasadach? Czy naprawdę musimy wybierać między sobą a rodziną? Co wy byście zrobili na moim miejscu?