Kiedy cudze dzieci stają się twoim problemem: Wyznanie jednej ciotki, która musiała wybrać między rodziną a własnym dzieckiem

— Mamo, czy oni znowu przyjadą? — Ema patrzyła na mnie z niepokojem, zaciskając drobne dłonie na pluszowym króliku. Jej głos był cichy, niemal błagalny. W tej chwili poczułam, jak coś we mnie pęka. Znowu miałam powiedzieć: „Nie martw się, kochanie, wszystko będzie dobrze”, ale przecież wiedziałam, że nie będzie.

Siedziałam w kuchni, patrząc przez okno na szare niebo nad Warszawą. Telefon zadzwonił. Na wyświetlaczu pojawiło się imię: Sanja. Moja szwagierka. Zanim odebrałam, już wiedziałam, co powie.

— Ivana, będziemy u was w sobotę. Dzieci już się nie mogą doczekać! — jej głos był radosny, jakby nie widziała świata poza własną rodziną.

— Jasne, Sanja… — odpowiedziałam mechanicznie, czując narastający ucisk w żołądku.

Od miesięcy każda taka wizyta kończyła się łzami Emy. Jej kuzyni — Bartek i Lena — byli jak huragan: rozrzucali zabawki, krzyczeli, wyśmiewali Emę za to, że lubi rysować i czytać. „Jesteś nudziarą!”, „Tylko głupki tak siedzą cicho!” — słyszałam zza drzwi jej pokoju. Próbowałam rozmawiać z Sanją, ale ona tylko wzruszała ramionami.

— Dzieci muszą się bawić! Nie przesadzaj, Ivana. Ema jest po prostu wrażliwa — mówiła z uśmiechem.

Ale to nie była tylko zabawa. Po ostatniej wizycie Ema zamknęła się w sobie na kilka dni. Przestała opowiadać o szkole, nie chciała wychodzić na plac zabaw. Wieczorami słyszałam jej cichy płacz przez ścianę.

Mój mąż, Tomek, próbował łagodzić sytuację:

— To tylko dzieciaki. Przecież nie możemy odciąć się od rodziny przez takie drobiazgi.

Ale dla mnie to nie były drobiazgi. Każda łza Emy była jak sztylet wbity w moje serce.

W sobotę rano wszystko było gotowe: ciasto na stole, kawa zaparzona, zabawki poukładane. Ema siedziała skulona na kanapie. Kiedy usłyszałyśmy dzwonek do drzwi, jej ramiona jeszcze bardziej się skuliły.

Bartek i Lena wbiegli do mieszkania jak burza.

— Ema! Chodź się bawić! — krzyknęła Lena i bez pytania zaczęła przeglądać jej rzeczy.

Bartek już po chwili rozrzucał kredki po całym pokoju.

— Po co ci te głupie rysunki? — zapytał z pogardą.

Ema spojrzała na mnie błagalnie. W tej chwili poczułam gniew. Spojrzałam na Sanję, która właśnie rozsiadła się wygodnie z kawą.

— Sanja, może powiesz dzieciom, żeby trochę uważały? Ema nie lubi, gdy ktoś niszczy jej rzeczy — powiedziałam spokojnie, choć wewnątrz aż wrzałam.

Sanja spojrzała na mnie z lekkim rozbawieniem:

— Oj tam, Ivana! Dzieci to dzieci. Nie róbmy z igły widły.

Poczułam się bezsilna. Tomek udawał, że nie słyszy rozmowy — schował się w kuchni pod pretekstem mycia naczyń.

Po południu znalazłam Emę zamkniętą w łazience. Siedziała na podłodze i cicho płakała.

— Mamo… dlaczego oni mnie tak nie lubią? — zapytała przez łzy.

Przytuliłam ją mocno. Wtedy podjęłam decyzję.

Wieczorem, kiedy goście szykowali się do wyjścia, poprosiłam Tomka o rozmowę.

— Tomek, musimy coś zrobić. Nie mogę patrzeć, jak Ema cierpi przez to wszystko. Jeśli ty nie chcesz rozmawiać z Sanją, zrobię to sama.

Tomek westchnął ciężko:

— Ivana… to moja siostra. Nie chcę konfliktów w rodzinie.

— A ja nie chcę konfliktów w naszym domu! — odpowiedziałam stanowczo.

Następnego dnia zadzwoniłam do Sanji. Głos mi drżał:

— Sanja, musimy porozmawiać. Twoje dzieci są dla Emy bardzo niemiłe. Proszę cię, porozmawiaj z nimi albo przestańcie tak często przyjeżdżać.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Przesadzasz! Moje dzieci są normalne! To ty wychowujesz Emę na dziwaka! — usłyszałam w odpowiedzi.

Rozłączyła się bez pożegnania.

Od tamtej pory relacje w rodzinie stały się chłodne. Na święta nikt już nie dzwonił z zaproszeniem. Tomek był przygnębiony, ale ja czułam ulgę — Ema znów zaczęła się uśmiechać i wróciła do swoich rysunków.

Czasem jednak zastanawiam się: czy zrobiłam dobrze? Czy ochrona własnego dziecka zawsze musi oznaczać konflikt z rodziną? Czy można być dobrą matką i dobrą ciotką jednocześnie?

Może wy mi powiecie: gdzie kończy się lojalność wobec rodziny, a zaczyna odpowiedzialność za własne dziecko?