Kiedy lina pęka: Historia rodziny Nowaków, która nagle straciła grunt pod nogami

– Mamo, dlaczego tata znowu krzyczy? – szeptała Zosia, tuląc się do mnie w kuchni, gdy zza ściany dobiegały coraz głośniejsze przekleństwa. Stałam przy zlewie, ściskając w dłoni kubek po kawie tak mocno, że aż bolały mnie palce. Woda kapała z kranu, a ja nie mogłam oderwać wzroku od brudnych naczyń. W tej chwili czułam się jak jedno z nich – zużyta, niepotrzebna, odstawiona na bok.

Jeszcze pół roku temu wszystko wyglądało inaczej. Pracowałam w Monachium jako opiekunka starszych osób. Wysyłałam do domu co miesiąc dwa tysiące euro. Mój mąż, Marek, był dumny – przynajmniej tak mówił przez telefon. Zosia miała nowe ubrania, korepetycje z angielskiego, a Marek nie musiał się martwić o rachunki. Ale potem przyszła pandemia. Starsza pani, którą się opiekowałam, zmarła. Pracę straciłam z dnia na dzień. Musiałam wrócić do Polski.

– I co teraz? – Marek patrzył na mnie z wyrzutem, jakby to była moja wina. – Myślisz, że tu znajdziesz robotę za takie pieniądze? Przecież wiesz, jak jest.

Nie wiedziałam. Wróciłam do naszego mieszkania w bloku na warszawskim Bródnie i poczułam się obca. Zosia była wyrośnięta, zamknięta w sobie. Marek… Marek był inny. Nerwowy, drażliwy. Zaczął pić więcej niż zwykle.

Pieniądze szybko się skończyły. Najpierw oszczędności, potem zaczęliśmy pożyczać od sąsiadów i mojej siostry. Marek nie chciał szukać pracy – mówił, że „nie ma dla niego nic sensownego”, że „i tak nikt go nie przyjmie”.

– Może byś coś zrobił? – powiedziałam pewnego wieczoru cicho, gdy Zosia już spała.
– Ja?! Ty mi będziesz mówić, co mam robić? To przez ciebie tu jesteśmy! – wrzasnął i rzucił pilotem o ścianę.

Zaczęłam się bać. Nie o siebie – o Zosię. Coraz częściej widziałam jej przerażone spojrzenie, gdy Marek podnosił głos. Przestała zapraszać koleżanki do domu. Chowała się w swoim pokoju z książkami i słuchawkami na uszach.

Pewnego dnia wróciłam z urzędu pracy – kolejna odmowa, kolejny dzień bez nadziei. Zastałam Zosię zapłakaną na klatce schodowej.

– Co się stało? – zapytałam przerażona.
– Tata… powiedział, że jestem bezużyteczna jak ty – wyszeptała.

Serce mi pękło. Próbowałam ją przytulić, ale odsunęła się ode mnie.

– Dlaczego wróciłaś? Tam było lepiej – rzuciła przez łzy.

Wtedy poczułam się naprawdę samotna. Nie miałam już nikogo – ani męża, ani córki. Moja siostra Basia próbowała mi pomóc, ale sama miała troje dzieci i kredyt na głowie.

Wieczorami siedziałam na balkonie i patrzyłam na światła bloków. Myślałam o tym, jak łatwo można wszystko stracić: dom, bezpieczeństwo, szacunek najbliższych. Zaczęłam rozumieć kobiety z reportaży interwencyjnych – te, które milczą latami, bo nie mają dokąd pójść.

Któregoś dnia Marek wrócił do domu pijany i zaczął wyzywać mnie przy Zosi.
– Ty darmozjadzie! Przez ciebie wszyscy się z nas śmieją! Nawet twoja siostra mówiła mi ostatnio, że jesteś żałosna!

Zosia wybiegła z pokoju i zamknęła się w łazience. Ja stałam jak sparaliżowana. Chciałam coś powiedzieć, ale głos ugrzązł mi w gardle.

Następnego ranka znalazłam kartkę na stole:
„Mamo, idę do Basi. Nie chcę tu być.”

Pobiegłam do siostry. Zosia siedziała u niej na łóżku i płakała.
– Nie chcę wracać do taty – powiedziała cicho.
Basia spojrzała na mnie bezradnie:
– Anka… musisz coś zrobić. To nie jest normalne.

Zgłosiłam sprawę do MOPS-u. Przyszła pani psycholog, rozmawiała ze mną i z Zosią. Marek dostał nakaz opuszczenia mieszkania na dwa tygodnie. Był wściekły.
– Sprzedałaś mnie! Własnej rodzinie! – krzyczał przez telefon.

Ale przez te dwa tygodnie pierwszy raz od miesięcy spałyśmy spokojnie.

Znalazłam pracę w sklepie spożywczym za najniższą krajową. Nie było lekko – ledwo starczało na czynsz i jedzenie. Ale Zosia zaczęła się uśmiechać. Odważyła się zaprosić koleżankę na nocowanie.

Marek próbował wrócić. Pisał SMS-y: „Przepraszam”, „Zmieniam się”, „Daj mi szansę”. Ale ja już wiedziałam, że nie mogę ryzykować bezpieczeństwa córki dla iluzji rodziny.

Czasem budzę się w nocy zlękniona – czy dam radę sama? Czy nie skrzywdziłam Zosi jeszcze bardziej? Czy mogłam zrobić coś inaczej?

Patrzę na nią teraz, gdy śpi spokojnie obok mnie i pytam siebie: czy to jest cena za wolność? Czy każda kobieta musi przejść przez piekło samotności i upokorzenia, żeby odzyskać siebie?

A wy… co byście zrobili na moim miejscu? Czy można odbudować rodzinę po takim rozpadzie?