Dom bez wsparcia: Jak zbudowaliśmy nasze miejsce na ziemi bez pomocy rodziców

– Mirela, znowu dzwonił twój ojciec? – zapytał Darek, kiedy weszłam do kuchni, trzymając w dłoni telefon. W jego głosie brzmiała nuta goryczy, której nie potrafił już ukrywać.

– Nie, tym razem to była mama – odpowiedziałam cicho. – Chciała się upewnić, czy nie zmieniłam zdania i nie poproszę ich o pomoc.

Darek westchnął ciężko i oparł się o blat. Wiedziałam, że dla niego to wszystko jest jeszcze trudniejsze niż dla mnie. Jego rodzice byli bogaci, mieli firmę budowlaną pod Warszawą, ale od kiedy Darek postanowił pójść własną drogą i nie przejąć rodzinnego biznesu, odwrócili się od niego. Moja rodzina była skromniejsza, ale równie dumna – „Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz”, powtarzała mama.

Wiedzieliśmy więc od początku, że jeśli chcemy mieć własny dom, musimy zrobić to sami. Bez prezentów ślubnych w postaci działki, bez pożyczek od rodziców, bez znajomości i układów. Tylko my dwoje i kredyt hipoteczny, który spędzał nam sen z powiek.

Pierwszy raz zobaczyliśmy tę działkę w listopadzie. Było zimno, padał deszcz ze śniegiem, a wokół rozciągało się błoto i smutek. Ale ja zobaczyłam tam nasz dom – z dużym oknem na ogród, z kominkiem i miejscem na stół, przy którym będziemy jeść niedzielne obiady. Darek patrzył na mnie z niedowierzaniem.

– Mirela, przecież tu nic nie ma! Nawet drogi porządnej nie ma! – krzyczał wtedy, a ja płakałam ze złości i bezsilności.

Ale kupiliśmy tę ziemię. Za ostatnie oszczędności i z pomocą kredytu. Potem zaczęła się prawdziwa walka – o każdy grosz, o każdą cegłę. Pracowałam w szkole jako nauczycielka polskiego, Darek dorabiał na budowie po godzinach swojej pracy w magazynie. Wieczorami siedzieliśmy nad kosztorysami i zastanawialiśmy się, z czego jeszcze możemy zrezygnować.

Najgorsze były weekendy. Wszyscy znajomi wyjeżdżali na Mazury albo do kina, a my w kaloszach i roboczych ubraniach kopaliśmy fundamenty. Czasem przychodził sąsiad – pan Zbyszek – i patrzył na nas z politowaniem.

– Po co wam to wszystko? Młodzi teraz chcą mieć wszystko od razu. A wy się męczycie jak za PRL-u! – śmiał się.

Ale my nie chcieliśmy mieć wszystkiego od razu. Chcieliśmy mieć coś własnego. Coś, co będzie tylko nasze.

Były dni, kiedy miałam ochotę rzucić to wszystko. Kiedy po raz kolejny pękła rura albo okazało się, że zabrakło nam pieniędzy na dachówki. Kiedy Darek wracał zmęczony i nie miał siły nawet się do mnie odezwać. Kiedy moi rodzice przestali dzwonić, bo nie mogli znieść mojej upartości.

Najgorszy był grudzień. Siedzieliśmy w wynajmowanym mieszkaniu, wokół panował bałagan po remoncie, a ja płakałam nad rachunkami za materiały budowlane.

– Może jednak zadzwonimy do twoich rodziców? Albo do moich? – zaproponował wtedy Darek cicho.

Popatrzyłam na niego ze łzami w oczach.

– Nie chcę być tą córką, która zawsze prosi o pomoc. Chcę udowodnić im wszystkim, że potrafimy sami.

Darek tylko przytulił mnie mocno. Wtedy poczułam pierwszy raz od dawna spokój.

Wiosną zaczęliśmy stawiać ściany. Pomagał nam tylko pan Zbyszek i czasem jego syn Bartek. Każda cegła była jak symbol naszej walki – o niezależność, o szacunek do siebie nawzajem.

Latem pojawiły się pierwsze konflikty między mną a Darkiem. Byliśmy zmęczeni, sfrustrowani, zaczęliśmy się kłócić o drobiazgi: o kolor farby do salonu, o wybór drzwi wejściowych.

– Ty zawsze musisz mieć ostatnie słowo! – krzyczał Darek pewnego wieczoru.

– Bo ty nigdy nie słuchasz! – odpowiedziałam równie głośno.

Przez dwa dni nie rozmawialiśmy ze sobą. Myślałam wtedy: „Może to wszystko nie ma sensu? Może powinnam wrócić do rodziców?” Ale kiedy zobaczyłam Darka śpiącego na podłodze wśród worków z cementem, wiedziałam, że nie mogę go zostawić.

Jesienią dom był już prawie gotowy. Zabrakło nam pieniędzy na wykończenie łazienki i kuchni. Przez kilka tygodni myliśmy się w misce i gotowaliśmy na kuchence turystycznej. Moi rodzice w końcu zadzwonili – mama płakała przez telefon:

– Mirela, wróćcie do nas chociaż na święta…

Ale ja odmówiłam. Chciałam spędzić pierwsze Boże Narodzenie w naszym domu – nawet jeśli bez choinki i prezentów.

W Wigilię usiedliśmy z Darkiem przy starym stole ogrodowym ustawionym w salonie. Za oknem padał śnieg, a w środku było zimno jak w lodówce. Ale byliśmy razem.

– Wiesz co? – powiedział wtedy Darek cicho. – Nigdy nie byłem tak dumny z nas jak teraz.

Popatrzyłam mu w oczy i poczułam łzy szczęścia.

Dziś mijają dwa lata od tamtej Wigilii. Nasz dom jest już wykończony – własnymi rękami położyliśmy podłogi, pomalowaliśmy ściany, posadziliśmy drzewa w ogrodzie. Rodzice powoli zaczynają akceptować nasze wybory. Czasem odwiedzają nas na kawę i patrzą z uznaniem na to, co osiągnęliśmy.

Często zastanawiam się: czy gdybyśmy dostali wszystko na tacy, docenialibyśmy ten dom tak bardzo? Czy nasza miłość przetrwałaby próbę czasu bez tych wszystkich trudności?

A może właśnie to jest prawdziwy sens dorosłości – budować swoje życie kawałek po kawałku, nawet jeśli czasem boli?