Czwartek, który zmienił wszystko: Rodzice oddali dom po babci tylko mojemu bratu. Czy rodzina przetrwa tę decyzję?

— Aniu, usiądź, proszę. — Głos mamy drżał lekko, a jej dłonie nerwowo bawiły się obrączką. Siedziałam już przy stole, naprzeciwko mojego młodszego brata, Pawła. Czułam w powietrzu napięcie, jakby zaraz miała spaść burza. Tata patrzył w okno, jakby szukał tam odpowiedzi na pytania, których nie chciał zadać.

— O co chodzi? — zapytałam, próbując ukryć niepokój. Wiedziałam, że chodzi o dom po babci. Od jej śmierci minęły już dwa lata, a temat podziału majątku wisiał nad nami jak ciemna chmura. Babcia zawsze powtarzała, że dom jest dla nas obojga, dla mnie i Pawła. Wierzyłam w to.

— Chcemy, żebyście wysłuchali nas do końca — zaczął tata, w końcu odwracając się od okna. — To nie była łatwa decyzja.

Paweł milczał. Zawsze był cichy przy takich rozmowach, ale tym razem jego twarz zdradzała napięcie. Mama spojrzała na mnie z troską.

— Aniu, wiemy, że liczyłaś na ten dom…

— Liczyłam? Babcia mi obiecała! — przerwałam jej, czując jak łzy napływają mi do oczu.

— Ale Paweł… — zaczęła mama, ale tata wszedł jej w słowo:

— Paweł z żoną i dziećmi mają trudną sytuację. Ty masz mieszkanie w Warszawie, dobrze zarabiasz. On ledwo wiąże koniec z końcem w tej swojej pracy w warsztacie.

Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. — Czyli co? Bo mam lepszą pracę, to nie zasługuję na dom po babci?

— To nie tak… — próbowała tłumaczyć mama. — Chcemy tylko pomóc Pawłowi stanąć na nogi.

Spojrzałam na brata. Unikał mojego wzroku. — Paweł, wiedziałeś o tym?

Wzruszył ramionami. — Rodzice sami tak zdecydowali…

— Ale nie protestowałeś! — krzyknęłam. — Przecież to niesprawiedliwe!

W pokoju zapadła cisza. Słychać było tylko tykanie zegara i oddechy pełne napięcia. Przez chwilę miałam ochotę wybiec z domu i nigdy więcej tu nie wracać.

Mama zaczęła płakać. — Aniu, nie chcemy cię skrzywdzić…

— Ale właśnie to robicie! — odpowiedziałam przez łzy. — Babcia chciała, żebyśmy byli razem, żeby ten dom nas łączył. A wy… wy nas dzielicie.

Tata spuścił głowę. — Może kiedyś to zrozumiesz.

Wyszłam na balkon, żeby złapać oddech. Próbowałam się uspokoić, ale myśli kłębiły się w głowie jak szalone. Przypomniałam sobie dzieciństwo spędzone w tym domu: zapach świeżych bułek o poranku, śmiech babci, nasze wspólne zabawy z Pawłem na podwórku. Wszystko to miało teraz należeć tylko do niego?

Po chwili dołączyła do mnie mama.

— Aniu…

Odwróciłam się do niej plecami.

— Wiesz, że zawsze chciałam dla was dobrze — powiedziała cicho. — Ale czasem trzeba wybierać mniejsze zło.

— A może po prostu trzeba być sprawiedliwym? — odpowiedziałam gorzko.

Mama westchnęła ciężko i wróciła do środka.

Zostałam sama z myślami. Przez kolejne dni nie odbierałam telefonów od rodziców ani Pawła. Czułam się zdradzona i opuszczona przez własną rodzinę. Zastanawiałam się, czy powinnam walczyć o swoje prawa w sądzie, czy może odpuścić i pozwolić im żyć z tą decyzją.

W pracy byłam rozkojarzona, koleżanki pytały, co się dzieje. Nie potrafiłam im odpowiedzieć bez łez w oczach. Wieczorami leżałam na kanapie i patrzyłam w sufit, próbując zrozumieć, dlaczego rodzice postanowili mnie skrzywdzić.

Po tygodniu zadzwonił Paweł.

— Aniu… możemy pogadać?

Nie chciałam z nim rozmawiać, ale zgodziłam się spotkać w parku.

Usiadł obok mnie na ławce i długo milczał.

— Wiem, że jesteś zła… — zaczął niepewnie.

— Jestem rozczarowana — poprawiłam go chłodno.

Spojrzał mi prosto w oczy pierwszy raz od tamtego czwartku.

— Nie chciałem ci tego zabierać. Ale boję się o dzieci… O to, czy damy radę…

Zobaczyłam w nim brata sprzed lat: zagubionego chłopca, który zawsze potrzebował mojej pomocy.

— Może powinniśmy porozmawiać z rodzicami jeszcze raz? Może da się to jakoś inaczej rozwiązać?

Paweł skinął głową.

Wróciłam do domu rodziców z Pawłem kilka dni później. Rozmowa była trudna i pełna łez. Rodzice nie chcieli zmienić decyzji, ale zgodzili się na kompromis: Paweł dostanie dom, ale ja będę miała prawo do połowy wartości nieruchomości wypłaconej w ratach przez kilka lat.

To nie było to samo co wspólne dzieciństwo pod jednym dachem babci, ale przynajmniej czułam się mniej oszukana.

Dziś patrzę na naszą rodzinę i widzę rysy, których już nic nie zaklei. Zastanawiam się tylko: czy pieniądze naprawdę są warte tego bólu? Czy kiedyś znów będziemy mogli spojrzeć sobie w oczy bez żalu?

Czy wy też kiedyś musieliście wybierać między rodziną a sprawiedliwością? Jak poradziliście sobie z takim rozczarowaniem?