Przyjęłam kuzyna pod swój dach – teraz czuję się jak intruz we własnym domu. Czy dobro naprawdę wraca?

– Magda, błagam cię, pomóż Bartkowi. On nie ma się gdzie podziać, a ja już nie mam siły – głos ciotki Haliny drżał w słuchawce, a ja poczułam znajome ukłucie w sercu. Zawsze byłam tą, która pomaga. Tą, która nie odmawia. Tą, która wierzy, że dobro wraca.

Bartek był moim kuzynem, starszym ode mnie o dwa lata. Kiedyś bawiliśmy się razem na podwórku, potem nasze drogi się rozeszły. On wyjechał do Warszawy, ja zostałam w rodzinnym Lublinie. Słyszałam, że miał problemy – stracił pracę, rozstał się z dziewczyną, podobno popadł w długi. Ale kiedy ciotka zadzwoniła z prośbą o pomoc, nie wahałam się ani chwili.

– Oczywiście, ciociu. Niech przyjedzie nawet dziś – odpowiedziałam, choć w głębi duszy czułam niepokój.

Bartek pojawił się wieczorem. Z walizką i miną zbitego psa. Przywitał się chłodno z moim mężem Pawłem i naszymi dziećmi – Zosią i Antkiem. Przez pierwsze dni był cichy, zamknięty w sobie. Siedział w swoim pokoju, wychodził tylko na posiłki.

– Daj mu czas – mówiłam Pawłowi, gdy ten przewracał oczami na widok Bartka rozłożonego na kanapie z piwem w ręku.

Ale czas mijał, a Bartek coraz bardziej rozgaszczał się w naszym domu. Zaczął przestawiać rzeczy w kuchni, komentować moje gotowanie.

– Magda, kto dziś jeszcze robi schabowe na smalcu? – śmiał się głośno, a ja czułam się jak kucharka na jego usługach.

Zosia przyszła do mnie pewnego wieczoru z płaczem.

– Mamo, Bartek zabrał mi laptopa! Powiedział, że musi coś załatwić i nie oddaje od dwóch godzin!

Poszłam do niego z duszą na ramieniu.

– Bartek, Zosia potrzebuje swojego laptopa do lekcji.

– Spokojnie, Magda. Zaraz oddam. Muszę tylko wysłać ważnego maila – odpowiedział bez cienia skruchy.

Zaczęły się drobne konflikty. Bartek przestał sprzątać po sobie, zostawiał brudne naczynia w zlewie. Przynosił do domu znajomych bez pytania. Pewnego dnia wróciłam z pracy i zastałam w salonie trzech obcych facetów pijących piwo i oglądających mecz.

– Magda! Poznaj chłopaków z mojej starej pracy! – krzyknął Bartek z kanapy.

Poczułam się jak intruz we własnym domu. Moje dzieci zamknęły się w swoich pokojach, Paweł wyszedł na spacer z psem i nie wracał przez dwie godziny.

Wieczorem wybuchła kłótnia.

– Ile to jeszcze potrwa? – zapytał Paweł z wyrzutem. – To już nie jest nasz dom! Bartek robi tu co chce!

– Przecież to rodzina… – próbowałam tłumaczyć sama przed sobą.

Ale coraz częściej łapałam się na tym, że unikam własnej kuchni, bo Bartek tam siedzi i komentuje moje gotowanie. Że nie mogę spokojnie obejrzeć serialu wieczorem, bo Bartek okupuje salon.

Pewnej nocy usłyszałam hałas w kuchni. Zeszłam na dół i zobaczyłam Bartka grzebiącego w lodówce.

– Co robisz?

– Jestem głodny. Masz coś lepszego niż te twoje fit jogurty?

Poczułam narastającą złość. To już nie był mój dom. To był dom Bartka.

Następnego dnia zadzwoniła ciotka Halina.

– I jak tam Bartek? Daje radę?

Chciałam powiedzieć jej prawdę: że czuję się jak gość we własnym domu, że moje dzieci są nieszczęśliwe, a mąż coraz bardziej zamknięty w sobie. Ale powiedziałam tylko:

– Jakoś sobie radzimy.

Wieczorem usiadłam z Bartkiem przy stole.

– Musimy porozmawiać – zaczęłam drżącym głosem.

Bartek spojrzał na mnie z irytacją.

– O co chodzi?

– To jest mój dom. Nasz dom. Chciałam ci pomóc, ale nie możesz zachowywać się tak, jakby wszystko tu było twoje. Musisz znaleźć własne miejsce…

Bartek wybuchnął śmiechem.

– Serio? Po tym wszystkim? Myślałem, że rodzina to rodzina!

Zostawił mnie przy stole ze łzami w oczach.

Dziś mijają trzy miesiące od kiedy Bartek u nas mieszka. Wciąż nie znalazł pracy ani mieszkania. Wciąż czuję się jak gość we własnym domu. Moje dzieci pytają mnie codziennie: „Mamo, kiedy Bartek wyjdzie?” Paweł coraz częściej nocuje u kolegi.

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy naprawdę warto być zawsze tą dobrą osobą? Czy dobro naprawdę wraca? A może czasem trzeba postawić granicę nawet najbliższym?