Kaprys dziecka prawie zniszczył naszą przyjaźń: „Mój mąż nie wytrzymał i zapytał: 'Czy ona nie może się sama pobawić albo pooglądać bajki?'”

– Znowu przyszłyście? – usłyszałam głos mojego męża, gdy tylko Anka z małą Zosią przekroczyły próg naszego mieszkania. Był wtorek, godzina siedemnasta, a ja już czułam, jak w gardle rośnie mi gula. Ostatnio te wizyty stały się codziennością. Anka, moja najlepsza przyjaciółka od liceum, odkąd urodziła córkę, nie potrafiła spędzić dnia bez towarzystwa.

Zosia miała trzy lata i była uroczą dziewczynką, ale jej obecność w naszym domu oznaczała chaos: porozrzucane zabawki, rozlane soki i nieustanne „ciociu, pobaw się ze mną!”. Anka siadała wtedy na kanapie, z telefonem w ręku, i z ulgą oddychała, że ktoś inny zajmuje się jej dzieckiem. Ja próbowałam być wyrozumiała – przecież sama jeszcze nie miałam dzieci i nie wiedziałam, jak to jest. Ale z każdym dniem czułam się coraz bardziej zmęczona.

– Może Zosia pobawi się sama? – zaproponowałam pewnego dnia, gdy próbowałam skończyć raport do pracy.

Anka spojrzała na mnie z wyrzutem:
– Ona jest jeszcze za mała. Potrzebuje uwagi.

Zacisnęłam zęby. Mój mąż, Tomek, coraz częściej zamykał się w sypialni albo wychodził na długie spacery z psem. W końcu, pewnego wieczoru, nie wytrzymał:

– Czy ona nie może się sama pobawić albo pooglądać bajki? – zapytał zirytowany, gdy Zosia po raz kolejny rozlała sok na dywan.

Anka spojrzała na niego z oburzeniem:
– Nie pozwalam jej oglądać bajek! To szkodliwe!

Zrobiło się niezręcznie. Próbowałam ratować sytuację żartem, ale atmosfera była napięta jak nigdy wcześniej. Po wyjściu Anki Tomek usiadł naprzeciwko mnie i powiedział cicho:

– Ja już nie wytrzymam. To jest nasz dom, a ja czuję się jak intruz.

Nie spałam całą noc. Przewracałam się z boku na bok, analizując każdą rozmowę z Anką z ostatnich miesięcy. Przypomniałam sobie nasze wspólne wypady do kina, długie rozmowy przy winie, śmiechy do łez. Teraz wszystko kręciło się wokół Zosi: jej drzemek, posiłków, humorów. Nawet nasze rozmowy były przerywane przez dziecięce wrzaski.

Następnego dnia zadzwoniłam do Anki.
– Musimy pogadać – powiedziałam stanowczo.
– Coś się stało? – zapytała zaniepokojona.
– Tak. Chodzi o te wizyty…

Spotkałyśmy się w kawiarni. Bez dzieci. Anka wyglądała na zmęczoną i zestresowaną.
– Wiem, że ostatnio często do was przychodzę – zaczęła nieśmiało. – Ale czuję się taka samotna… Adam ciągle w pracy, mama daleko…

Poczułam ukłucie winy. Przecież zawsze byłam dla niej wsparciem. Ale czy to znaczyło, że muszę rezygnować ze swojego życia?
– Anka, ja cię rozumiem – powiedziałam cicho. – Ale mój dom to nie plac zabaw. Tomek też ma swoje granice.

Anka spuściła wzrok.
– Myślałam, że ci to nie przeszkadza…

– Przeszkadza – przyznałam szczerze. – Chcę być twoją przyjaciółką, ale musimy znaleźć jakiś kompromis.

Przez chwilę siedziałyśmy w milczeniu. W końcu Anka westchnęła:
– Nie wiem już, kim jestem poza byciem mamą. Wszystko kręci się wokół Zosi. Boję się, że ją zaniedbam…

Patrzyłam na nią i widziałam dawną Ankę – tę pełną energii dziewczynę z liceum, która zawsze miała tysiąc pomysłów na minutę. Teraz była cieniem samej siebie.

– Może spróbujesz znaleźć trochę czasu dla siebie? – zaproponowałam ostrożnie. – Może zapiszesz Zosię do przedszkola choć na kilka godzin?

Anka pokręciła głową:
– Adam mówi, że to za wcześnie…

Westchnęłam ciężko. Wiedziałam, że Adam jest typowym „tatą weekendowym” – dużo pracuje i rzadko angażuje się w wychowanie córki. Wszystko spadło na Ankę.

Tego wieczoru długo rozmawiałam z Tomkiem.
– Może powinniśmy pomóc Ance znaleźć jakieś wsparcie? – zaproponowałam.
Tomek wzruszył ramionami:
– Ja rozumiem jej sytuację, ale nie chcę już żyć w chaosie.

Następne tygodnie były trudne. Ograniczyłam wizyty Anki do dwóch razy w tygodniu i tylko na dwie godziny. Zosia początkowo była niezadowolona i płakała przy wyjściu, ale z czasem zaczęła lepiej znosić rozstania.

Anka zaczęła chodzić na spotkania dla młodych mam w pobliskim domu kultury. Powoli odzyskiwała dawną energię. Nasza przyjaźń przeszła próbę ognia – były łzy, pretensje i trudne rozmowy. Ale przetrwałyśmy.

Czasem jednak zastanawiam się: czy każda przyjaźń jest w stanie przetrwać taką próbę? Czy można być dobrą przyjaciółką i jednocześnie dbać o własne granice? A może czasem trzeba pozwolić komuś odejść na chwilę, żeby mógł odnaleźć siebie?