„Pięć lat temu pożyczyliśmy teściom dużą sumę. Dziś mąż mówi: ‘Darujmy im ten dług’ – a ja nie mogę się z tym pogodzić”

– Nie wierzę, że to mówisz, Tomek! – głos mi zadrżał, a w oczach poczułam łzy. Stałam w kuchni, ściskając kubek z zimną już herbatą, podczas gdy mój mąż opierał się o blat, unikając mojego spojrzenia.

– Aniu, oni nie mają z czego oddać. Przecież widzisz, co się dzieje u nich w domu. Mama ledwo chodzi, tata po tej operacji…

– To nie zmienia faktu, że to były nasze pieniądze! – przerwałam mu, czując jak narasta we mnie gniew. – Pieniądze dla Zosi! Odkładaliśmy je przez lata, rezygnując z wakacji, z nowych mebli…

Tomek westchnął ciężko i spojrzał na mnie z mieszaniną zmęczenia i żalu.

– Wiem. Ale przecież to rodzina. Nie mogę patrzeć, jak się męczą przez ten dług.

Zamilkłam. W głowie kłębiły mi się wspomnienia sprzed pięciu lat. Byliśmy wtedy młodzi, pełni nadziei. Zosia miała dwa lata, a my odkładaliśmy każdą złotówkę na jej przyszłość – na studia, na mieszkanie, na lepszy start. Kiedy teściowie przyszli do nas z prośbą o pożyczkę, nie wahaliśmy się długo. Potrzebowali pieniędzy na remont mieszkania po zalaniu. Obiecali oddać wszystko w ciągu roku.

Minęło pięć lat. Ani grosza nie wróciło na nasze konto.

Z czasem przestaliśmy nawet pytać. Za każdym razem słyszeliśmy wymówki: choroba, utrata pracy, nieprzewidziane wydatki. Zosia rosła, a my coraz częściej kłóciliśmy się o pieniądze. Ostatnio nawet musieliśmy odłożyć planowany wyjazd nad morze, bo zabrakło nam oszczędności.

A teraz Tomek chce po prostu zapomnieć o długu.

Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. Leżałam obok męża, słysząc jego spokojny oddech, i czułam się samotna jak nigdy dotąd. W mojej głowie pojawiały się obrazy: Zosia pytająca, dlaczego nie pojedziemy na ferie; ja licząca drobne w portfelu; teściowa z wymuszonym uśmiechem przy świątecznym stole.

Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z mamą. Wiedziałam, że nie będzie obiektywna – nigdy nie przepadała za moimi teściami – ale potrzebowałam wsparcia.

– Aniu, nie pozwól sobie wejść na głowę – powiedziała stanowczo. – To są wasze pieniądze. Jeśli teraz im darujesz, już nigdy nie poczujesz się szanowana w tej rodzinie.

Wróciłam do domu jeszcze bardziej rozdarta. Tomek czekał na mnie w salonie.

– Musimy porozmawiać – zaczął cicho.

– Ja już nie wiem, czy jesteśmy jeszcze drużyną – wyrzuciłam z siebie. – Czuję się zdradzona. Jakbyś wybrał ich zamiast mnie i Zosi.

Tomek podszedł do mnie i ujął moje dłonie.

– Aniu, nigdy bym was nie zostawił. Ale to moi rodzice… Nie potrafię być wobec nich twardy.

– A wobec mnie potrafisz? – zapytałam gorzko.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Widziałam w jego oczach ból i bezradność. Wiedziałam, że kocha swoją rodzinę – ale czy ja i Zosia nie byliśmy już jego rodziną?

Wieczorem usiedliśmy razem przy stole. Zosia rysowała coś na kartce, a my próbowaliśmy rozmawiać spokojnie.

– Może powinniśmy porozmawiać z twoimi rodzicami? – zaproponowałam ostrożnie. – Powiedzieć im szczerze, jak bardzo nas to boli.

Tomek skinął głową.

Kilka dni później pojechaliśmy do teściów. Siedzieliśmy w ich małym salonie, otoczeni starymi meblami i zapachem herbaty z malinami.

– Mamo, tato… – zaczął Tomek niepewnie. – Chcemy porozmawiać o tych pieniądzach.

Teściowa spuściła wzrok, a teść zacisnął dłonie na kolanach.

– My wiemy, że powinniśmy oddać… – odezwała się cicho teściowa. – Ale naprawdę nie mamy z czego…

– Rozumiemy to – powiedziałam spokojnie, choć serce waliło mi jak młotem. – Ale musicie wiedzieć, że to dla nas bardzo trudne. To były pieniądze dla Zosi.

Zapadła cisza. Teść pokiwał głową ze smutkiem.

– Może kiedyś… jak sprzedamy działkę…

Wróciliśmy do domu jeszcze bardziej zagubieni niż wcześniej. Tomek był przygnębiony, ja rozżalona.

Przez kolejne tygodnie atmosfera w domu była napięta. Unikaliśmy rozmów o pieniądzach, ale problem wisiał nad nami jak chmura burzowa. Zosia zaczęła pytać, dlaczego jesteśmy tacy smutni.

Pewnego wieczoru usiadłam sama w kuchni i zaczęłam pisać list do Tomka. Chciałam wyrzucić z siebie wszystko: żal, rozczarowanie, poczucie niesprawiedliwości. Pisałam o tym, jak bardzo boję się o przyszłość naszej córki; o tym, jak czuję się niewidzialna i pomijana; o tym, że rodzina to nie tylko lojalność wobec rodziców, ale też odpowiedzialność za własne dziecko i żonę.

Rano zostawiłam list na stole i wyszłam do pracy.

Kiedy wróciłam wieczorem, Tomek czekał na mnie z kubkiem herbaty.

– Przeczytałem twój list – powiedział cicho. – Masz rację. Przepraszam cię… Spróbuję jeszcze raz porozmawiać z rodzicami i ustalić jakiś plan spłaty. Nawet jeśli to będą małe kwoty…

Poczułam ulgę i wdzięczność, ale też smutek. Wiedziałam już, że ta sprawa zostawiła ślad na naszym małżeństwie.

Czasem zastanawiam się: czy naprawdę musimy wybierać między lojalnością wobec rodziny a sprawiedliwością? Czy można być dobrym dzieckiem i dobrym rodzicem jednocześnie? A może zawsze ktoś musi poczuć się zdradzony?