Wynajęliśmy dom bratu męża: Jak rodzina prawie nas zniszczyła – historia, która boli do dziś
– Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę – powiedziałam do siebie, patrząc przez okno na ogród, który jeszcze rok temu był moją dumą. Teraz trawa była zdeptana, a dziecięce zabawki leżały porozrzucane wszędzie. W kuchni czuć było zapach smażonej cebuli i papierosów, choć w naszym domu nigdy się nie paliło. To już nie był mój dom. To był dom Bartka i jego rodziny.
Wszystko zaczęło się niewinnie. Bartek, młodszy brat mojego męża Pawła, zadzwonił do nas w środku zimy. – Asia, Paweł, mamy problem. Straciliśmy mieszkanie, właściciel podniósł czynsz i nie stać nas na nowe lokum. Możemy się u was zatrzymać? – Jego głos drżał, a ja poczułam ukłucie współczucia. Zawsze byliśmy blisko z Bartkiem, choć bywał impulsywny i nieodpowiedzialny. Paweł spojrzał na mnie pytająco. – Mamy przecież ten dom po babci w Ząbkach – powiedziałam cicho. – Może tam mogliby zamieszkać?
To miało być tymczasowe rozwiązanie. Bartek z żoną Magdą i dwójką dzieci wprowadzili się do naszego starego domu. Ustaliliśmy symboliczną opłatę za wynajem – chcieliśmy tylko, żeby pokryli rachunki i dbali o miejsce. – Jesteście aniołami – powtarzała Magda, przytulając mnie na powitanie. Wierzyłam, że robimy coś dobrego.
Przez pierwsze tygodnie wszystko wydawało się w porządku. Bartek dzwonił, dziękował za pomoc, dzieci wysyłały nam laurki. Ale potem zaczęły się telefony od sąsiadów: – Pani Asiu, czy wie pani, że państwa dom jest teraz miejscem spotkań? Wieczorami jest głośno, a ogród wygląda jak po bitwie. – Zignorowałam to, tłumacząc sobie, że młoda rodzina musi się zaaklimatyzować.
Wiosną pojechaliśmy z Pawłem zobaczyć dom. Już od furtki poczułam niepokój. Okna były brudne, śmieci walały się przy wejściu. W środku panował chaos: ślady błota na podłodze, rozbite naczynia w zlewie, ściany porysowane kredkami. Bartek siedział w salonie z kolegami, piwo w ręku. – Cześć Asia! Wpadliście na grilla? – rzucił beztrosko.
– Bartek, mieliście dbać o dom – powiedziałam cicho, czując jak narasta we mnie złość i rozczarowanie.
– Przecież dbamy! Dzieci czasem nabrudzą, ale to normalne. Nie przesadzaj.
Paweł próbował łagodzić sytuację: – Może ustalmy jakieś zasady? Chcemy tylko, żeby dom nie stracił wartości.
Bartek wzruszył ramionami: – Przecież to tylko stary dom po babci. Nie róbcie problemu.
Wróciliśmy do siebie w milczeniu. Przez kolejne miesiące sytuacja się pogarszała. Rachunki przestawały być opłacane na czas, sąsiedzi skarżyli się coraz częściej na hałas i bałagan. Magda przestała odbierać moje telefony. Kiedy w końcu pojechałam tam sama, zastałam Bartka pijanego na kanapie i dzieci bawiące się wśród potłuczonych butelek.
– Bartek, co się z tobą dzieje? – zapytałam ze łzami w oczach.
– Daj mi spokój! Zawsze byłaś tą lepszą siostrą! Myślisz, że wszystko możesz kontrolować? – krzyknął.
Poczułam się jak intruz we własnym domu.
Zaczęliśmy z Pawłem rozmawiać o wypowiedzeniu umowy. To była najtrudniejsza decyzja w naszym życiu. Bałam się reakcji rodziny. Mama Pawła błagała nas o cierpliwość: – To przecież wasz brat! Pomóżcie mu jeszcze trochę!
Ale my już nie mogliśmy dłużej patrzeć na to, jak nasz dom niszczeje i jak relacje rodzinne rozpadają się na naszych oczach.
Wysłaliśmy oficjalne pismo z wypowiedzeniem umowy najmu. Bartek przestał się odzywać. Magda napisała mi tylko krótkiego SMS-a: „Nie spodziewałam się tego po was”.
Przez kolejne tygodnie żyliśmy w napięciu. Rodzina podzieliła się na dwa obozy: jedni uważali nas za bezdusznych egoistów, inni przyznawali rację. Wigilia była koszmarem – nikt nie rozmawiał ze sobą normalnie, a mama Pawła płakała przy stole.
Kiedy Bartek w końcu wyprowadził się z domu, zostawił po sobie bałagan i długi za rachunki. Musieliśmy wyremontować cały parter i zapłacić zaległe faktury za prąd i wodę. Przez wiele miesięcy nie potrafiłam wejść do tego domu bez łez.
Najgorsze jednak było to, co stało się między nami a rodziną Pawła. Przestaliśmy się spotykać na niedzielnych obiadach, dzieci nie bawiły się już razem. Paweł zamknął się w sobie, a ja czułam się winna za wszystko.
Czasem budzę się w nocy i pytam samą siebie: czy naprawdę warto było pomagać? Czy rodzina zawsze powinna być na pierwszym miejscu? A może są granice, których nie wolno przekraczać nawet dla najbliższych?
Dziś minęły już dwa lata od tamtych wydarzeń. Relacje powoli zaczynają się odbudowywać, ale blizny pozostały. Patrzę na stary dom po babci i myślę o tym wszystkim, co straciliśmy przez jedną decyzję podjętą z serca.
Czy naprawdę warto poświęcać własny spokój dla bliskich? Czy można odbudować zaufanie po takiej zdradzie? Czasem mam wrażenie, że odpowiedzi nigdy nie znajdę.