Zdrada w cieniu starości: Opowieść z poznańskiego blokowiska
Wszystko zaczęło się pewnego listopadowego wieczoru, kiedy wróciłam do naszego mieszkania na siódmym piętrze bloku przy ulicy Hetmańskiej. Pachniało gotowaną kapustą z sąsiedztwa, a na klatce schodowej słychać było śmiech dzieci. Otworzyłam drzwi i od razu poczułam, że coś jest nie tak. W powietrzu wisiała cisza, która bolała bardziej niż krzyk.
Mój mąż, Andrzej, siedział przy stole w kuchni, zapatrzony w okno. Na stole leżał kubek z niedopitą herbatą i rozłożona gazeta. Przez chwilę patrzyłam na niego w milczeniu, próbując zrozumieć, co się dzieje. W końcu zapytałam:
– Coś się stało?
Nie odpowiedział od razu. Przełknął ślinę, jakby miał w gardle kamień.
– Musimy porozmawiać, Zosiu – powiedział cicho.
Usiadłam naprzeciwko niego. Czułam, jak serce zaczyna mi walić. Przez głowę przelatywały mi najgorsze scenariusze: choroba, długi, może coś z dziećmi? Ale nie byłam gotowa na to, co usłyszałam.
– Zosiu… Ja… Ja mam kogoś.
Przez chwilę nie mogłam oddychać. Słowa odbijały się echem w mojej głowie. „Mam kogoś” – powtarzałam w myślach, jakby to miało coś zmienić. Andrzej miał 68 lat, ja 65. Czterdzieści lat razem. Dwoje dorosłych dzieci, wnuki, wspólne życie na dobre i na złe. Jak to możliwe?
– Co ty mówisz? – wyszeptałam.
– Poznałem ją na Uniwersytecie Trzeciego Wieku. Jest wdową… Rozumie mnie…
Zacisnęłam pięści pod stołem. „Rozumie mnie” – ile razy ja słyszałam te słowa przez lata? Ile razy starałam się być tą rozumiejącą żoną, matką, babcią? Ile razy rezygnowałam z siebie dla rodziny?
Wybiegłam z kuchni i zamknęłam się w łazience. Siedziałam na zimnych kafelkach i płakałam, aż zabrakło mi łez. W głowie miałam tylko jedno pytanie: dlaczego?
Następne dni były jak koszmar. Andrzej spał na kanapie w salonie. Unikaliśmy się nawzajem. Nasza córka Marta zauważyła, że coś jest nie tak.
– Mamo, co się dzieje? – zapytała pewnego popołudnia przez telefon.
Chciałam jej powiedzieć prawdę, ale nie mogłam. Wstydziłam się. Bałam się jej rozczarowania.
– Nic, kochanie. Po prostu jestem zmęczona.
Ale Marta nie dała się zbyć.
– Przyjadę jutro po pracy.
Kiedy przyszła, od razu zobaczyła moje czerwone oczy.
– Mamo…
Wtedy pękłam. Opowiedziałam jej wszystko. Marta najpierw milczała, potem zaczęła płakać razem ze mną.
– Jak on mógł ci to zrobić? Po tylu latach?
Nie wiedziałam. Próbowałam sobie przypomnieć momenty, kiedy coś mogło pójść nie tak. Może za bardzo skupiłam się na wnukach? Może przestałam być dla niego atrakcyjna?
Wieczorem Andrzej wrócił do domu wcześniej niż zwykle. Marta stanęła mu na drodze w przedpokoju.
– Tato, jak mogłeś?
Andrzej spuścił głowę.
– To nie takie proste…
– A co jest proste? Zostawić mamę po czterdziestu latach? Zniszczyć rodzinę?
Widziałam, jak Andrzej drży. Po raz pierwszy od lat wyglądał na naprawdę starego i zagubionego.
Przez kolejne tygodnie żyliśmy jak obcy ludzie pod jednym dachem. Syn, Tomek, dowiedział się o wszystkim od Marty i przestał odzywać się do ojca. Wnuki pytały, dlaczego dziadek nie przychodzi już na spacery.
Najgorsze były noce. Leżałam sama w łóżku i słuchałam ciszy mieszkania. Myśli nie dawały mi spokoju: czy powinnam go wyrzucić? Czy powinnam walczyć o nas?
Pewnego dnia Andrzej spakował walizkę.
– Wyprowadzam się do Ireny – powiedział cicho.
Nie zatrzymałam go. Patrzyłam tylko przez okno na szare bloki i zastanawiałam się, jak to możliwe, że życie może się tak nagle rozpaść.
Zostałam sama po raz pierwszy od czterdziestu lat. Każdy dzień był walką o przetrwanie. Sąsiadki zaczęły szeptać za moimi plecami:
– Widzisz ją? Mąż ją zostawił na stare lata…
Czułam ich współczucie i ciekawość jak ostrze noża na plecach.
Marta i Tomek starali się mnie wspierać, ale mieli swoje życie. Wnuki przychodziły coraz rzadziej – szkoła, zajęcia dodatkowe…
Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie Irena – ta kobieta.
– Zofia? Chciałam tylko powiedzieć… Przepraszam.
Nie odpowiedziałam jej nic. Co miałam powiedzieć? Że zniszczyła mi życie?
Minęły miesiące. Nauczyłam się żyć sama – gotować dla jednej osoby, chodzić na zakupy bez Andrzeja, zasypiać bez jego chrapania obok. Zaczęłam chodzić na spacery po parku Wilsona, zapisałam się nawet na zajęcia z jogi dla seniorów.
Ale każdego dnia czułam pustkę. Czasem łapałam się na tym, że czekam na dźwięk klucza w drzwiach albo szukam jego kapci pod łóżkiem.
Któregoś dnia spotkałam Andrzeja przypadkiem w sklepie spożywczym. Był sam, wyglądał na zmęczonego i smutnego.
– Zosiu…
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu.
– Przepraszam – wyszeptał.
Odeszłam bez słowa.
Dziś mija rok od tamtego wieczoru. Nadal boli mnie serce, ale nauczyłam się żyć z tym bólem. Czasem myślę o Andrzeju i zastanawiam się, czy był szczęśliwy z Ireną. Czy ja mogłabym być szczęśliwa jeszcze kiedyś?
Patrzę przez okno na szare bloki i pytam siebie: czy można jeszcze zaufać drugiemu człowiekowi po takim upokorzeniu? Czy starość zawsze musi oznaczać samotność?