Urodziny, które rozbiły moją kuchnię (i być może moją rodzinę)

— Nie tak się robi schabowego, Marto — głos teściowej przeszył powietrze ostrzej niż nóż, którym właśnie kroiłam mięso. Stała nade mną w fartuchu, który sama przyniosła z domu, jakby nie ufała moim kuchennym zapasom. — Mięso trzeba rozbić mocniej, inaczej będzie twarde jak podeszwa.

Zacisnęłam zęby. To były moje trzydzieste urodziny. Miałam nadzieję, że będzie spokojnie, że może nawet usłyszę od niej coś miłego. Ale już od progu czułam, że ten wieczór będzie inny. Teść milczał, jak zwykle, tylko od czasu do czasu rzucał spojrzenia na zegarek. Mój mąż, Tomek, próbował rozładować atmosferę żartami, ale jego matka była nieugięta.

— Może ja zrobię sałatkę? — zaproponowała nagle teściowa i zanim zdążyłam odpowiedzieć, już wyciągała z lodówki warzywa. — Wiesz, Marto, moja sałatka zawsze wszystkim smakuje.

Poczułam się jak gość we własnym domu. Próbowałam się uśmiechnąć, ale w środku gotowałam się ze złości. Przez całe życie słyszałam od matki, że powinnam być silna i niezależna. A teraz stałam tu, w swojej kuchni, czując się jak dziecko pod okiem surowej nauczycielki.

— Może usiądziesz? — zapytałam Tomka szeptem. — Pomóż mi trochę.

— Daj spokój, to tylko jeden wieczór — odpowiedział cicho. — Mama zaraz się uspokoi.

Ale nie uspokoiła się. Kiedy w końcu usiedliśmy do stołu, teściowa zaczęła komentować wszystko: ziemniaki za słone, surówka za kwaśna, a schabowy…

— No cóż — westchnęła teatralnie — następnym razem pokażę ci mój sposób.

Teść chrząknął i spojrzał na mnie z czymś na kształt współczucia. Moja własna matka zadzwoniła wcześniej z życzeniami i obietnicą, że „następnym razem przyjedzie”. Zostałam sama na polu bitwy.

W pewnym momencie poczułam łzy pod powiekami. Próbowałam je ukryć za kieliszkiem wina. Tomek zauważył i ścisnął mnie za rękę pod stołem. Ale to nie wystarczyło.

— Marto, a ty właściwie czym się zajmujesz? — zapytał nagle teść. — Bo Tomek mówił coś o pracy zdalnej…

— Pracuję jako graficzka — odpowiedziałam cicho. — Projektuję strony internetowe.

— Aha… — mruknął teść z wyraźnym brakiem zainteresowania.

Teściowa spojrzała na mnie z góry. — Kiedyś kobiety miały prawdziwe zawody. Nauczycielka, pielęgniarka…

Zacisnęłam pięści pod stołem. Przez chwilę miałam ochotę wykrzyczeć jej w twarz wszystko, co myślę o jej „prawdziwych zawodach”, o tym, jak trudno jest dziś być kobietą i spełniać oczekiwania wszystkich wokół.

Wtedy wydarzyło się coś, co przelało czarę goryczy. Teściowa wstała od stołu i zaczęła zbierać talerze.

— Pozwól, pomogę ci — powiedziałam szybko.

— Lepiej nie — odpowiedziała chłodno. — Szkoda tych talerzy.

I wtedy mój ulubiony talerz wyślizgnął się jej z rąk i roztrzaskał na podłodze z hukiem.

Zapadła cisza. Patrzyłam na kawałki porcelany rozsypane po kafelkach i poczułam, jak coś we mnie pęka.

— Przepraszam… — powiedziała teściowa bez przekonania.

Nie wytrzymałam. Wybiegłam do łazienki i zamknęłam się od środka. Słyszałam przez drzwi stłumione głosy: Tomka próbującego łagodzić sytuację, teścia mówiącego coś o „przesadnej wrażliwości”, teściową narzekającą na „dzisiejszą młodzież”.

Patrzyłam w lustro na swoje czerwone oczy i rozmazany makijaż. Czy naprawdę jestem taka słaba? Czy to ja jestem problemem?

Po kilku minutach wróciłam do kuchni. Teściowie już zbierali się do wyjścia. Teść rzucił krótkie „wszystkiego najlepszego”, teściowa nawet nie spojrzała mi w oczy.

Tomek objął mnie ramieniem.

— Przepraszam za nich — powiedział cicho. — Wiem, że to trudne.

— To nie twoja wina — odpowiedziałam automatycznie. Ale w środku czułam żal do niego, do siebie, do całego świata.

Kiedy zostaliśmy sami, usiadłam na podłodze obok rozbitego talerza i zaczęłam zbierać kawałki porcelany. Każdy kawałek był jak fragment mojego serca: popękany, ostry, bolesny.

Tomek ukląkł obok mnie.

— Może powinniśmy rzadziej ich zapraszać? — zapytał niepewnie.

— Może… Ale czy to coś zmieni? Czy kiedykolwiek poczuję się tu jak u siebie?

Spojrzałam na niego przez łzy.

— Wiesz… Czasem myślę, że nigdy nie będę dla nich wystarczająco dobra. Że zawsze będę tą „obcą”, która nie umie zrobić schabowego ani sałatki po ich myśli.

Tomek przytulił mnie mocniej.

— Dla mnie jesteś najlepsza na świecie — szepnął.

Ale czy to wystarczy? Czy miłość jednej osoby może zagłuszyć cały ten hałas oczekiwań i krytyki?

Patrząc na pustą kuchnię i rozbite talerze, zastanawiam się: ile jeszcze takich urodzin przede mną? Ile razy będę musiała zbierać siebie z kawałków po kolejnych rodzinnych kolacjach?

Czy naprawdę można kiedyś poczuć się częścią rodziny, która od początku daje ci do zrozumienia, że nigdy nie będziesz „jedną z nich”? Czy to ja powinnam się zmienić… czy może po prostu przestać próbować?