„Mamo, dlaczego wszystko boli?” – Moja walka o życie córki i prawdę, która rozbiła naszą rodzinę

– Mamo, dlaczego wszystko boli? – Zosia patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, a jej głos był cichy jak szept. Trzymałam ją mocno, czując, jak jej ciało staje się coraz cięższe. W jednej chwili świat przestał istnieć – był tylko szpitalny korytarz, zapach środków dezynfekujących i ten przerażający strach, który ściskał mi gardło.

– Proszę pani, musimy natychmiast zabrać córkę na oddział – pielęgniarka była stanowcza, niemal bezduszna. Patrzyłam bezradnie na męża, Pawła. Stał z boku, blady jak ściana, niezdolny do żadnego ruchu. W jego oczach widziałam to samo przerażenie, które czułam w sobie.

Godziny na szpitalnym korytarzu dłużyły się w nieskończoność. Próbowałam przypomnieć sobie każdy szczegół z ostatnich dni: co jadła Zosia? Czy mogła się czymś zatruć? Czy ktoś jej czegoś nie podał? Lekarze mówili o zatruciu, ale nie wiedzieli czym. Czułam się jak w złym śnie.

– To niemożliwe – powtarzał Paweł. – Przecież wszystko było normalnie. Byliśmy razem na obiedzie u twojej matki…

I wtedy coś we mnie pękło. Przypomniałam sobie spojrzenie mojej mamy, gdy Zosia nie chciała zjeść zupy. To było coś więcej niż zwykła irytacja. Przez chwilę pomyślałam nawet, że może… Nie! To niemożliwe.

Telefon zadzwonił nagle. To była moja siostra, Marta.

– Słyszałam, co się stało. Przyjeżdżam natychmiast – powiedziała krótko i rozłączyła się.

Kiedy Marta weszła do szpitala, od razu poczułam napięcie. Między nami od lat wisiało coś niewypowiedzianego. Ona zawsze była tą „lepszą”, tą, która wszystko robiła idealnie. Ja byłam tą „od problemów”.

– Co lekarze mówią? – zapytała bez ogródek.

– Nic pewnego. Podejrzewają zatrucie…

– Uważasz, że ktoś jej coś podał? – spojrzała na mnie przenikliwie.

– Nie wiem…

Wtedy Paweł wybuchł:

– Może gdybyście w tej rodzinie więcej ze sobą rozmawiały, nie musielibyśmy teraz zgadywać!

Zrobiło się cicho. Każde z nas patrzyło w inną stronę.

Noc była koszmarem. Siedziałam przy łóżku Zosi i słuchałam jej płytkiego oddechu. W pewnym momencie usłyszałam rozmowę lekarzy za drzwiami:

– Wyniki toksykologii są dziwne…

– Może to coś z leków? Albo…

Zamarłam. Przypomniałam sobie, że mama czasem dawała Zosi jakieś „ziołowe tabletki na odporność”. Czy mogło chodzić o to?

Następnego dnia pojechałam do mamy. Otworzyła mi drzwi z wymuszonym uśmiechem.

– Jak Zosia? – zapytała od razu.

– Walczy o życie – odpowiedziałam zimno. – Mamo, co jej dałaś?

Zbladła.

– To tylko zioła… Takie same dawałam wam z Martą…

– Ale ona jest chora! Ma alergię na rumianek! Wiedziałaś o tym!

Mama zaczęła płakać.

– Chciałam tylko pomóc… Myślałam, że to ją wzmocni…

Wróciłam do szpitala roztrzęsiona. Powiedziałam lekarzom o tabletkach. Potwierdzili: silna reakcja alergiczna na składnik ziół. Zosia była już przytomna, ale słaba.

Paweł patrzył na mnie z wyrzutem:

– Dlaczego nie powiedziałaś wcześniej? Dlaczego nie pilnowałaś?

Poczułam się winna wszystkiego: choroby Zosi, kłamstw w rodzinie, własnej bezradności.

Marta przyszła wieczorem.

– Mama zawsze robi wszystko po swojemu – powiedziała cicho. – Ale ty też nigdy nie słuchasz innych…

Wybuchłam:

– A ty? Ty zawsze udajesz idealną! Może gdybyśmy wszyscy przestali udawać i zaczęli mówić prawdę…

Zosia zaczęła płakać.

– Mamo, nie chcę już nikogo widzieć…

Usiadłam przy niej i pogładziłam ją po włosach.

– Przepraszam cię, kochanie…

Po kilku dniach Zosia wróciła do domu. Ale nic już nie było takie samo. Mama nie dzwoniła. Paweł zamknął się w sobie. Marta wyjechała do Warszawy i przestałyśmy rozmawiać.

Czasem patrzę na Zosię i zastanawiam się: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy da się odbudować rodzinę po takim dramacie?

A wy? Czy naprawdę znacie swoich bliskich? Czy potrafilibyście im zaufać po wszystkim?