„Wysłałam dzieci do babci na kilka dni. Wieczorem najmłodszy błagał, żeby wrócić do domu” – historia jednej decyzji, która zmieniła wszystko
– Mamo, proszę, zabierz mnie stąd! – głos Antka drżał, a ja ścisnęłam telefon tak mocno, że aż zbielały mi knykcie. Siedziałam na podłodze w nowym salonie, wśród kartonów i zapachu świeżo malowanych ścian. Była 21:30, a ja miałam ochotę wyć razem z synem.
Dwa lata temu podjęliśmy z Piotrem decyzję, która miała być początkiem nowego życia. Piotr dostał awans w firmie budowlanej, a ja – jak to ja – poczułam, że to znak. Po latach wynajmowania mieszkań w Warszawie, postanowiliśmy kupić własne M. Kredyt hipoteczny na trzydzieści lat. Brzmiało poważnie, ale przecież wszyscy tak robią. Wtedy wydawało mi się, że to najrozsądniejsza decyzja na świecie.
– Zobaczysz, dzieci będą miały swoje pokoje, ogródek… – przekonywałam Piotra, choć sama czułam niepokój. Nasza córka, Zosia, właśnie skończyła piętnaście lat i coraz częściej zamykała się w sobie. Antek miał dziewięć i był naszym oczkiem w głowie – wrażliwy, trochę nieśmiały chłopiec.
Przeprowadzka była chaosem. Kartony, zgubione zabawki, kłótnie o to, gdzie postawić kanapę. Piotr wracał późno z pracy, a ja próbowałam ogarnąć dom i dzieci. Zosia była coraz bardziej nieobecna – słuchała muzyki i pisała coś w zeszycie. Antek płakał za starym mieszkaniem i kolegami.
W końcu uznaliśmy, że potrzebujemy chwili oddechu. Babcia Basia – mama Piotra – zaproponowała, że zabierze dzieci na kilka dni do siebie do Otwocka. „Odpoczniecie, a ja się nimi zajmę” – powiedziała z uśmiechem. Zgodziłam się bez wahania.
Wieczorem pierwszego dnia zadzwonił Antek. „Mamo, tu jest dziwnie. Babcia krzyczy na Zosię, bo ta nie chce jeść kolacji. Ja chcę do domu”.
Poczułam wyrzuty sumienia. Przecież babcia zawsze była surowa. Sama pamiętam jej zimne spojrzenie i wieczne pretensje: „Nie garb się! Nie odzywaj się tak do ojca!”. Ale wtedy myślałam tylko o tym, żeby mieć chwilę spokoju.
Następnego dnia zadzwoniła Zosia. „Mamo, babcia powiedziała, że jestem niewdzięczna i że przez takie dzieci jak ja świat schodzi na psy”.
Zamarłam. Zosia nigdy nie była łatwa – zamknięta w sobie, nieufna wobec dorosłych. Ale czy naprawdę zasłużyła na takie słowa?
Piotr był wściekły. „Trzeba było przewidzieć! Wiedziałaś, jaka jest moja matka!” – krzyczał. Ja płakałam w łazience, bo czułam się winna wszystkiemu: przeprowadzce, kredytowi, wysłaniu dzieci do babci.
Po dwóch dniach pojechałam po dzieci. Antek rzucił mi się na szyję i płakał tak długo, aż zasnął w samochodzie. Zosia milczała całą drogę.
W domu atmosfera była gęsta jak mgła nad Wisłą. Piotr coraz częściej wracał późno z pracy. Ja próbowałam rozmawiać z dziećmi, ale Zosia zamknęła się w swoim pokoju na klucz. Antek zaczął moczyć się w nocy.
Pewnego wieczoru usiadłam przy stole z Piotrem.
– Myślisz, że to wszystko przez ten dom? – zapytałam cicho.
– Nie wiem… Może przez nas? Może za dużo chcieliśmy naraz? – odpowiedział bezradnie.
Zadzwoniła babcia Basia. „Nie przesadzajcie! Dzieci muszą znać dyscyplinę!” – mówiła z przekonaniem.
Ale ja widziałam strach w oczach Antka i smutek u Zosi.
Zaczęliśmy chodzić na terapię rodzinną. Na pierwszym spotkaniu terapeutka zapytała: „Czego się boicie najbardziej?”
Zosia odpowiedziała: „Że już nigdy nie będziemy rodziną jak dawniej”.
Antek wtulił się we mnie i szepnął: „Że mnie zostawicie”.
Poczułam wtedy ciężar wszystkich decyzji ostatnich lat. Praca Piotra stała się jego światem. Ja próbowałam być idealną matką i żoną, ale czułam się coraz bardziej samotna.
Któregoś dnia Zosia przyszła do mnie wieczorem.
– Mamo… czy ty mnie jeszcze kochasz?
Zatkało mnie. Przytuliłam ją mocno i płakałyśmy razem długo.
Zaczęliśmy rozmawiać więcej – o tym, co nas boli, czego się boimy. Zosia powoli otwierała się przede mną. Antek przestał bać się nocy.
Ale relacje z babcią Basią już nigdy nie były takie same. Dzieci nie chciały do niej jeździć. Piotr miał żal do matki i unikał rozmów z nią.
Czasem myślę: czy gdybyśmy zostali w starym mieszkaniu i nie brali kredytu, wszystko byłoby inaczej? Czy można naprawić rodzinę po takich błędach?
Patrzę na moje dzieci i wiem jedno: dom to nie ściany i kredyt na trzydzieści lat. Dom to my – razem lub osobno, ale zawsze szczerze.
Czy wy też czasem żałujecie swoich decyzji? Jak odbudować zaufanie po rodzinnych kryzysach?