Myszka z papieru, serce z tęsknoty – historia Natalii, która nauczyła się kochać siebie
— Natalia, przestań się wtrącać! — głos mamy przeszył powietrze jak zimny nóż. Stałam w progu kuchni, ściskając w dłoni papierową myszkę, którą zrobiłam dla Zosi, mojej młodszej siostry. Miała dziś urodziny, ale nikt nie pamiętał. Tata trzaskał drzwiami od lodówki, mama krzyczała na niego o rachunki, a ja… ja byłam tylko tłem.
Zosia siedziała skulona pod stołem, jej oczy były wielkie i mokre. Podeszłam do niej, wyciągnęłam myszkę. — Wszystkiego najlepszego, Zosiu — szepnęłam. Uśmiechnęła się nieśmiało, przytuliła mnie mocno. Wtedy poczułam, jak bardzo brakuje mi czułości. Jak bardzo chciałabym, żeby ktoś przytulił mnie tak samo.
W naszym domu miłość była towarem deficytowym. Rodzice wiecznie zajęci sobą i swoimi problemami. Ja — starsza córka — miałam być tą odpowiedzialną, zawsze gotową pomóc. Zosia była za mała, by rozumieć, dlaczego mama płacze nocami w łazience, a tata znika na całe weekendy. Ja rozumiałam aż za dobrze.
Pamiętam, jak kiedyś próbowałam porozmawiać z mamą. — Mamo, może pójdziemy razem na spacer? — zaproponowałam nieśmiało. Spojrzała na mnie zmęczonym wzrokiem. — Nie mam teraz czasu, Natalia. Musisz zająć się Zosią. — I znów zostałam sama ze swoimi myślami.
W szkole byłam tą „od wszystkiego”. Pomagałam koleżankom w zadaniach, słuchałam ich zwierzeń, pocieszałam po rozstaniach. Nauczyciele chwalili mnie za dojrzałość. Ale nikt nie widział, jak bardzo jestem pusta w środku. Jak bardzo chciałabym, żeby ktoś zapytał: „A co u ciebie, Natalia?”
Z czasem nauczyłam się nie oczekiwać niczego od innych. Zbudowałam wokół siebie mur z uśmiechów i dobrych uczynków. Im bardziej pomagałam innym, tym bardziej czułam się potrzebna. Ale każda noc była walką z samotnością.
Najgorzej było w święta. Wszyscy udawali szczęśliwą rodzinę przy stole, ale wystarczyło jedno słowo, by wybuchła awantura. — Gdybyś była lepszą córką, nie musiałabym się tak martwić! — krzyczała mama. Tata wychodził wtedy na papierosa i wracał dopiero po godzinie.
Zosia dorastała pod moimi skrzydłami. Była moim cieniem, moją odpowiedzialnością i jedyną osobą, dla której czułam się ważna. Kiedy miała siedem lat i zachorowała na zapalenie płuc, to ja siedziałam przy jej łóżku całą noc, podając wodę i głaszcząc po włosach. Mama spała w drugim pokoju, tata był w delegacji.
Często zastanawiałam się, czy to wszystko ma sens. Czy kiedyś ktoś pokocha mnie tak bezwarunkowo? Czy jestem warta miłości?
Kiedy skończyłam osiemnaście lat, wyprowadziłam się do Wrocławia na studia psychologiczne. Myślałam, że ucieknę od przeszłości. Ale ona podążyła za mną jak cień. W nowym mieście znów byłam tą „pomocną Natalią”. Słuchałam problemów współlokatorek, pomagałam kolegom z roku przygotować się do egzaminów.
Pewnego dnia zadzwoniła Zosia. Miała wtedy dwanaście lat.
— Natalia… mogę do ciebie przyjechać na weekend?
— Oczywiście! — odpowiedziałam bez wahania.
Kiedy przyjechała, zobaczyłam w niej siebie sprzed lat: niepewną, cichą dziewczynkę z oczami pełnymi tęsknoty. Przyniosła mi prezent — papierową myszkę.
— Pamiętasz? Ty mi kiedyś taką zrobiłaś…
Przytuliłyśmy się mocno. Wtedy po raz pierwszy poczułam coś dziwnego — jakby ktoś otworzył we mnie okno i wpuścił świeże powietrze.
Wieczorem Zosia zapytała:
— Natalia… dlaczego mama i tata są tacy smutni?
Zabrakło mi słów. Usiadłyśmy razem na łóżku.
— Czasem dorośli nie potrafią sobie poradzić ze swoimi uczuciami — powiedziałam cicho. — Ale to nie twoja wina.
— A twoja?
Zaskoczyła mnie tym pytaniem.
— Moja też nie — odpowiedziałam po chwili.
Po jej wyjeździe długo patrzyłam na papierową myszkę stojącą na półce. Przypomniałam sobie wszystkie chwile samotności i tęsknoty za miłością. Zrozumiałam wtedy coś ważnego: przez całe życie próbowałam zasłużyć na uwagę i akceptację innych, zapominając o sobie.
Zaczęłam chodzić na terapię. To była najtrudniejsza decyzja w moim życiu — przyznać się przed samą sobą, że potrzebuję pomocy. Na pierwszym spotkaniu terapeutka zapytała:
— Natalia, co robisz dla siebie?
Nie umiałam odpowiedzieć.
Z czasem nauczyłam się stawiać granice. Odmawiać wtedy, gdy nie miałam siły pomagać innym kosztem siebie. Uczyłam się mówić „nie” bez poczucia winy. Odkrywałam swoje potrzeby i pragnienia.
Rodzice nigdy nie przeprosili za swoje błędy. Nadal żyją we własnym świecie pretensji i żalu. Ale ja przestałam brać odpowiedzialność za ich szczęście.
Dziś mam dwadzieścia sześć lat i własne mieszkanie we Wrocławiu. Pracuję jako psycholożka dziecięca i codziennie widzę w oczach moich małych pacjentów to samo pragnienie miłości i akceptacji, które nosiłam w sobie przez lata.
Zosia studiuje architekturę w Krakowie. Często rozmawiamy przez telefon i wspieramy się nawzajem.
Czasem patrzę na papierową myszkę stojącą na półce i pytam siebie: czy już potrafię pokochać samą siebie? Czy wystarczy mi odwagi, by być dla siebie tak dobrą, jak zawsze byłam dla innych?
A Ty? Czy potrafisz spojrzeć w lustro i powiedzieć sobie: „Jestem ważna”? Czy umiesz pokochać siebie mimo wszystkich blizn?