Kiedy dziecięce kaprysy rozdzierają przyjaźń: Moja spowiedź o utraconej bliskości z Kasią
– Znowu dzwoniła? – zapytał Michał, nie odrywając wzroku od ekranu laptopa. W jego głosie słyszałam cień irytacji, ale i troski. Stałam w kuchni, ściskając telefon tak mocno, że aż zbielały mi knykcie.
– Tak, pytała, czy mogę przyjechać po Zosię do przedszkola, bo ona musi pilnie do lekarza z Antkiem – odpowiedziałam cicho, jakbym tłumaczyła się przed samą sobą.
Michał westchnął ciężko. – Ania, przecież to już trzeci raz w tym tygodniu. Masz swoją pracę, swoje życie. Nie możesz być zawsze na zawołanie.
Zamilkłam. Wiedziałam, że ma rację, ale nie potrafiłam odmówić Kasi. Była moją przyjaciółką od liceum. Razem przeżyłyśmy pierwsze miłości, wspólne wagary, łzy po niezdanych egzaminach i śmiech do łez na studenckich imprezach. Byłyśmy nierozłączne. Aż do czasu, gdy Kasia została mamą.
Początkowo cieszyłam się jej szczęściem. Zosia była uroczą dziewczynką, a potem pojawił się Antek – żywe srebro. Jednak z każdym kolejnym miesiącem Kasia coraz bardziej zamykała się w świecie dziecięcych problemów i macierzyńskich trosk. Nasze rozmowy kręciły się wokół pieluch, szczepień i przedszkolnych dramatów. Czułam się coraz bardziej obca w tym świecie.
Pamiętam tamten wieczór sprzed pół roku. Siedziałyśmy u niej w salonie, dzieci biegały po mieszkaniu, a ja próbowałam opowiedzieć jej o awansie w pracy.
– To super, Aniu! – rzuciła z uśmiechem, ale zaraz przerwała mi Zosia, domagając się uwagi. Kasia odwróciła się do córki i już nie wróciła do tematu. Moje sukcesy przestały ją interesować.
Z czasem zaczęłam czuć się jak darmowa opiekunka do dzieci. Kasia dzwoniła coraz częściej: „Ania, możesz podrzucić Zosię na balet?”, „Ania, czy możesz zostać z Antkiem na godzinę?”, „Ania, ratuj, nie zdążę na zebranie w przedszkolu!”. Za każdym razem mówiłam „tak”, bo przecież przyjaźń polega na wzajemnej pomocy. Ale gdzieś w środku narastał we mnie żal.
Michał widział, jak wracam zmęczona i rozdrażniona po kolejnych „przyjacielskich przysługach”.
– Może czas powiedzieć Kasi, co czujesz? – zaproponował pewnego wieczoru.
Bałam się. Bałam się, że jeśli powiem jej prawdę, stracę ją na zawsze.
Przełom nastąpił w Dzień Matki. Kasia zaprosiła mnie na obiad do siebie. Miało być kameralnie – tylko my dwie i dzieci. Przyniosłam jej ulubione ciasto z rabarbarem i butelkę białego wina.
– Aniu, mogłabyś pobawić się z dziećmi? Muszę ogarnąć kuchnię – rzuciła na powitanie.
Zgodziłam się bez słowa. Przez godzinę układałam klocki z Antkiem i rysowałam z Zosią. Kiedy w końcu usiadłyśmy przy stole, Kasia zaczęła opowiadać o problemach z mężem.
– Tomek ciągle pracuje, nie ma go w domu. Wszystko jest na mojej głowie! – narzekała.
Słuchałam jej uważnie, ale czułam narastającą frustrację. Chciałam podzielić się swoimi sprawami – opowiedzieć o nowym projekcie w pracy, o planach na wakacje z Michałem. Ale nie było miejsca na moje życie.
W końcu zebrałam się na odwagę.
– Kasia… czy ty jeszcze mnie słyszysz? Czy jestem dla ciebie kimś więcej niż tylko pomocą do dzieci?
Zamarła. Spojrzała na mnie zaskoczona.
– Co ty mówisz? Przecież jesteś moją najlepszą przyjaciółką!
– Ale ja… czuję się niewidzialna. Jakbyś widziała we mnie tylko kogoś do załatwiania spraw. Nie rozmawiamy już o niczym innym niż o dzieciach i twoich problemach.
W jej oczach pojawiły się łzy.
– Przepraszam… Nie zauważyłam… Po prostu jestem taka zmęczona…
Objęłyśmy się wtedy mocno i obiecałyśmy sobie poprawę. Ale nic się nie zmieniło.
Kasia dalej dzwoniła z prośbami o pomoc, a ja coraz częściej nie odbierałam telefonu. Nasze spotkania stawały się coraz rzadsze i coraz bardziej wymuszone. Czułam się winna – przecież ona naprawdę potrzebowała wsparcia. Ale ja też miałam swoje życie.
Pewnego dnia spotkałyśmy się przypadkiem w sklepie spożywczym. Kasia była z dziećmi, wyglądała na wyczerpaną.
– Aniu… czemu nie odbierasz? – zapytała cicho.
– Potrzebuję trochę przestrzeni – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
Spojrzała na mnie smutno i tylko skinęła głową.
Od tamtej pory nasze drogi zaczęły się rozchodzić. Czasem widuję ją na Facebooku – zdjęcia dzieci, rodzinne wyjazdy nad morze. Czasem tęsknię za dawną Kasią – tą spontaniczną dziewczyną z liceum, która potrafiła śmiać się do łez i słuchać mnie bez przerwy.
Czasem zastanawiam się: czy to dzieci zmieniły naszą przyjaźń? Czy może to my same pozwoliłyśmy jej umrzeć śmiercią naturalną?
Może każda relacja ma swój czas? A może powinnam była walczyć bardziej?
Czy wy też straciliście kiedyś kogoś bliskiego przez zmiany życiowe? Jak sobie z tym poradziliście?