Po pięćdziesiątce myślałam, że to już niemożliwe. A jednak mój mąż zakochał się… w koleżance z pracy
— Co to za zapach? — zapytałam, ledwo przekraczając próg kuchni, gdzie mój mąż, Andrzej, właśnie nalewał sobie herbaty. Pachniał inaczej. Nie jak on. Przez trzydzieści lat naszego małżeństwa nigdy nie używał perfum, zawsze powtarzał, że nie znosi pachnieć jak reklama z telewizji.
Andrzej spojrzał na mnie z lekkim rozbawieniem, wzruszył ramionami i rzucił: — W łazience stała, pewnie przypadkiem psiknąłem.
Wtedy się zaśmiałam. Dziś wiem, że to był początek końca mojego spokoju.
Mam na imię Grażyna. Skończyłam pięćdziesiąt dwa lata. Zawsze myślałam, że po pięćdziesiątce życie już nie zaskakuje. Że wszystko jest poukładane: dzieci dorosłe, dom na kredyt prawie spłacony, praca w bibliotece, Andrzej — stabilny jak skała. Ale los lubi drwić z naszych planów.
Zaczęło się od drobiazgów. Andrzej wracał później z pracy, częściej się uśmiechał do telefonu, a wieczorami zamykał się w łazience z komórką. Kiedy pytałam, mówił, że to szef znowu wymyślił nowy projekt albo że kolega z działu ma problemy rodzinne.
Pewnego wieczoru usiadłam na kanapie obok niego i zapytałam:
— Andrzej, wszystko w porządku?
Spojrzał na mnie przez chwilę, jakby ważył każde słowo.
— Tak, Grażynko. Po prostu dużo pracy.
Ale ja czułam, że coś jest nie tak. Kobieca intuicja? Może. Może po prostu znałam go za dobrze.
Zaczęłam obserwować. W pracy był coraz bardziej nieobecny myślami. Przestał opowiadać mi o swoim dniu. Zawsze dzielił się plotkami z biura, narzekał na szefa, śmiał się z żartów kolegów. Teraz milczał.
Któregoś dnia przypadkiem zobaczyłam wiadomość na jego telefonie. „Dziękuję za dzisiaj. Było cudownie. Jutro też?” Serce mi stanęło. Nadawcą była „Kasia z księgowości”.
Nie spałam całą noc. Rano spojrzałam na Andrzeja i zobaczyłam obcego człowieka. Chciałam krzyczeć, płakać, rzucić mu telefonem w twarz. Ale nie zrobiłam nic. Zaparzyłam mu kawę jak co dzień.
Przez kolejne dni żyłam jak w amoku. Udawałam przed dziećmi, że wszystko jest w porządku. W pracy uśmiechałam się do czytelników, choć miałam ochotę schować się między regały i nigdy nie wychodzić.
W końcu zebrałam się na odwagę.
— Andrzej — powiedziałam pewnego wieczoru — musimy porozmawiać.
Spojrzał na mnie zaskoczony.
— O czym?
— O Kasi z księgowości.
Zbladł. Przez chwilę milczał, potem spuścił głowę.
— Grażyna… Ja… Nie wiem, jak to się stało.
— Zakochałeś się? — zapytałam cicho.
Nie odpowiedział od razu. Widziałam łzy w jego oczach.
— Chyba tak — wyszeptał.
Wtedy świat mi się zawalił. Trzydzieści lat wspólnego życia rozsypało się w jednej chwili jak domek z kart.
Przez kolejne tygodnie żyliśmy obok siebie jak współlokatorzy. Dzieci coś wyczuwały, ale nie pytały wprost. Syn przestał dzwonić tak często, córka przyjeżdżała tylko na chwilę. Mama zadzwoniła raz i zapytała:
— Grażynko, co się dzieje? Słychać cię przez telefon jakbyś była pod wodą.
Nie potrafiłam odpowiedzieć.
W pracy też było coraz trudniej. Koleżanki patrzyły na mnie ze współczuciem, choć nikt nic nie mówił głośno. Tylko Basia z działu dziecięcego odważyła się zapytać:
— Grażyna, chcesz pogadać?
Wybuchłam płaczem w jej ramionach.
Andrzej coraz częściej nocował poza domem. Tłumaczył się delegacjami, ale ja już wiedziałam swoje. Pewnego dnia wrócił i powiedział:
— Muszę wyjechać na kilka dni do Warszawy.
Nie odpowiedziałam nic. Po prostu wyszłam do ogrodu i zaczęłam wyrywać chwasty z taką siłą, jakby to one były winne całemu złu tego świata.
Któregoś wieczoru usiadłam sama przy stole i zaczęłam pisać list do Andrzeja:
„Nie wiem, czy jeszcze mnie kochasz. Nie wiem nawet, czy ja jeszcze kocham ciebie. Ale wiem jedno: nie zasłużyliśmy na takie zakończenie. Przez trzydzieści lat byliśmy razem — w zdrowiu i chorobie, w radości i smutku. Jeśli chcesz odejść — odejdź. Ale powiedz mi to prosto w oczy.”
Nie miałam odwagi mu go dać.
Minęły kolejne tygodnie. Andrzej wrócił z Warszawy i usiadł naprzeciwko mnie przy stole.
— Grażyna… Ja nie wiem, co robić — powiedział cicho. — Kocham cię za wszystko, co razem przeżyliśmy. Ale czuję coś do Kasi… Czuję się jak gówniarz po raz pierwszy zakochany.
Patrzyłam na niego długo.
— A ja czuję się jak stara szmata wyrzucona na śmietnik — odpowiedziałam szczerze.
Zamilkliśmy oboje.
Dziś mija pół roku od tamtej rozmowy. Andrzej wyprowadził się do wynajętego mieszkania na drugim końcu miasta. Dzieci próbują udawać, że wszystko jest normalnie, ale widzę ich smutek i rozczarowanie w oczach.
Czasem myślę: może powinnam była walczyć? Może powinnam była wcześniej zauważyć sygnały? A może to po prostu życie?
Patrzę w lustro i widzę kobietę zmęczoną, ale silniejszą niż kiedykolwiek wcześniej. Może jeszcze kiedyś będę szczęśliwa?
Czy po pięćdziesiątce można zacząć wszystko od nowa? Czy ktoś jeszcze potrafi pokochać kobietę z bliznami na sercu?