„Zamieniłam mieszkanie na mniejsze, żeby pomóc dzieciom”: Teraz nawet nie mają czasu, by mnie odwiedzić. Czy naprawdę na to zasłużyłam?

– Mamo, przecież mówiłaś, że chcesz spokoju – powiedziała Agnieszka, nie patrząc mi w oczy. Stała w przedpokoju mojego nowego, ciasnego mieszkania, z kluczami w dłoni, jakby zaraz miała wyjść.

– Spokoju? – powtórzyłam cicho, czując jak coś ściska mnie w gardle. – Chciałam być bliżej was. Chciałam wam pomóc.

Agnieszka westchnęła i spojrzała na zegarek. – Mamo, muszę lecieć. Michał czeka w samochodzie. Zadzwonię jutro, dobrze?

Drzwi zamknęły się za nią z cichym trzaskiem. Zostałam sama. Znowu. W tym nowym mieszkaniu, które miało być początkiem czegoś lepszego, a stało się moją samotnią.

Mam na imię Barbara. Mam 66 lat i przez całe życie wierzyłam, że rodzina to najważniejsza rzecz na świecie. Nie chodziłam po świecie z wielkimi oczekiwaniami. Chciałam tylko być potrzebna, czuć się blisko moich dzieci i wnuków, mieć swoje miejsce w ich życiu.

Przez 30 lat mieszkałam w naszym rodzinnym mieszkaniu – dużym, jasnym, trzypokojowym. Z okien kuchni widać było stare kasztanowce i plac zabaw, na którym bawiły się kiedyś Agnieszka i Tomek. To tam piekłam im szarlotki na niedzielę, tam uczyłam ich czytać i tam płakałam po śmierci mojego męża, Andrzeja.

Po jego odejściu dzieci coraz rzadziej wpadały do domu. Agnieszka miała swoją rodzinę, Tomek pracował za granicą. Zostały mi tylko zdjęcia na komodzie i echo dawnych rozmów.

W zeszłym roku Agnieszka zadzwoniła do mnie wieczorem.

– Mamo, nie wiem już co robić. Michał stracił pracę, a rata kredytu nas dobija. Może moglibyśmy zamienić się mieszkaniami? Wy byście mieli mniejsze, a my większe…

Nie zastanawiałam się długo. Przecież to dla rodziny. Dla dzieci. Dla wnuków.

Sprzedałam mieszkanie i kupiłam kawalerkę na obrzeżach miasta. Resztę pieniędzy oddałam Agnieszce i Tomkowi – niech mają na start, niech im będzie lżej.

Na początku wszyscy byli wdzięczni. Agnieszka przynosiła mi ciasto, wnuki przychodziły na kakao. Ale z czasem wizyty stawały się coraz rzadsze.

Pewnego dnia zadzwonił Tomek z Niemiec.

– Mamo, przepraszam, że tak rzadko dzwonię… Praca mnie pochłania…

– Rozumiem, synku – odpowiedziałam automatycznie, choć wcale nie rozumiałam.

W święta siedziałam sama przy stole. Wysłałam SMS-y z życzeniami. Odpowiedzi przyszły dopiero wieczorem.

Czasem łapię się na tym, że rozmawiam sama ze sobą. Albo z Andrzejem – jego zdjęcie stoi na parapecie.

– Widzisz? – mówię do niego cicho. – Tak bardzo chciałam być blisko nich…

W sklepie pani Zosia z parteru pyta:

– Pani Basiu, jak tam dzieci?

– Dobrze – kłamię. – Mają dużo pracy.

Wieczorami siadam przy oknie i patrzę na światła miasta. Myślę o tym, jak bardzo się zmieniło wszystko przez te lata. Kiedyś dom tętnił życiem – śmiechem dzieci, zapachem obiadu… Teraz słyszę tylko szum lodówki i odgłosy sąsiadów zza ściany.

Czasem próbuję zadzwonić do Agnieszki.

– Mamo, nie mogę teraz rozmawiać! – słyszę poirytowany głos córki.

Albo do Tomka:

– Mamo, oddzwonię później…

Ale później nigdy nie nadchodzi.

Pewnego dnia postanowiłam pojechać pod stare mieszkanie. Stałam pod klatką i patrzyłam na okna – teraz były tam kolorowe firanki i dziecięce rysunki przyklejone do szyby. Usłyszałam śmiech wnuków zza drzwi. Przez chwilę chciałam zadzwonić domofonem… Ale co bym powiedziała? Że tęsknię? Że żałuję?

Wróciłam do siebie pieszo przez park. Po drodze spotkałam starą znajomą, panią Halinę.

– Basia! Jak ty wyglądasz… Wszystko w porządku?

Uśmiechnęłam się blado.

– Tak… Wszystko dobrze.

Ale ona spojrzała na mnie uważnie.

– Wiesz… Ja też kiedyś myślałam, że jak dam dzieciom wszystko, to będą bliżej mnie. A one mają swoje życie…

Przytuliła mnie mocno. Poczułam łzy pod powiekami.

Wróciłam do pustego mieszkania i długo siedziałam w fotelu bez ruchu. Próbowałam sobie przypomnieć ostatni raz, kiedy ktoś mnie naprawdę przytulił.

Kilka dni później zadzwoniła Agnieszka.

– Mamo… Przepraszam, że tak rzadko dzwonię… U nas ciągle coś się dzieje…

– Rozumiem – odpowiedziałam cicho.

– Może przyjedziesz do nas w niedzielę?

Serce mi zabiło mocniej.

– Bardzo chętnie.

W niedzielę pojechałam do nich z ciastem drożdżowym. W progu przywitała mnie wnuczka Ola:

– Babciu! Ale fajnie, że jesteś!

Przez chwilę poczułam się potrzebna. Ale potem Agnieszka z Michałem zaczęli rozmawiać o pracy, dzieci pobiegły do swoich pokoi… Zostałam sama przy stole z kubkiem herbaty.

Wróciłam do domu wieczorem i długo płakałam w poduszkę.

Czasem zastanawiam się: czy naprawdę na to zasłużyłam? Czy poświęcenie dla rodziny zawsze musi oznaczać samotność? A może powinnam była pomyśleć o sobie?

Czy ktoś z was czuje podobnie? Czy naprawdę rodzina zawsze jest najważniejsza?