„Palmy w Palmie i mój lewy brzeg” — historia, której nie umiem już przemilczeć

— Nie rób tego, Daniele. — mój głos drżał, choć stałam twardo na zimnych płytkach lotniskowej toalety, z telefonem przy uchu i z sercem, które waliło jak młot w blachę. — Jeszcze możesz się wycofać.

— Już się nie wycofam, Świetlana. — powiedział cicho, jakby ktoś stał obok. — Wszystko jest dopięte. Tydzień. Tylko tydzień.

Tydzień. Słowo, które miało brzmieć jak urlop, a zabrzmiało jak wyrok. Patrzyłam w lustro na swoją twarz: rozmazany tusz, usta zaciśnięte tak mocno, że aż bielały. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to nie będzie tydzień. Że to będzie początek czegoś, co rozleje się po moim życiu jak gorący olej na kuchenną podłogę — i już nie da się tego zebrać ręcznikiem papierowym.

Poznaliśmy się w biurze w Warszawie, na Woli, w firmie, gdzie wszystko pachniało kawą z automatu i stresem. Ja byłam „ta nowa”, z prowincji, z Radomia, po przeprowadzce do stolicy, z wynajmowanym pokojem u starszej pani, która miała zwyczaj stukać w ścianę, kiedy za głośno rozmawiałam przez telefon. Daniel był „ten pewny”: garnitur, zegarek, uśmiech, który potrafił rozbroić nawet najbardziej wredną księgową. Miał żonę, Kirę, i dwóch synów — o tym mówił tak, jakby to była jego tarcza i medal jednocześnie.

— Moje chłopaki to żywioł. — śmiał się w kuchni, nalewając mi herbaty. — A Kira… Kira ogarnia wszystko.

Wtedy myślałam: „To dobrze. To znaczy, że jest porządny.” W Polsce takie zdanie działa jak pieczątka: żona, dzieci, kredyt — człowiek ułożony. A ja byłam głodna ułożenia. Głodna tego, żeby ktoś powiedział: „Jesteś bezpieczna.”

Nie byłam głupia. Wiedziałam, że flirtuje. Że jego spojrzenie zatrzymuje się na mnie sekundę dłużej, niż powinno. Że kiedy podaje mi dokumenty, dotyka mojej dłoni, jakby przypadkiem, ale z precyzją chirurga. I ja też nie byłam święta. Po pracy wracałam do pokoju, gdzie w lodówce stał mój jogurt i słoik ogórków, a w głowie dudniło: „I tak nikt na ciebie nie czeka.”

Mama mówiła przez telefon:

— Świetlanka, ty musisz sobie kogoś znaleźć. Nie będziesz wiecznie sama. W Warszawie to łatwo, tam chłopy same się pchają.

— Mamo, przestań. — odpowiadałam, ale w środku robiło mi się ciepło, bo jej głos był jak koc.

Mama… Ona naprawdę „wszystko wiedziała”. Tak przynajmniej mówiła. W Radomiu, na naszym osiedlu, była tą kobietą, do której przychodziło się po radę: jak dziecko gorączkuje, jak mąż pije, jak sąsiadka plotkuje. Mama miała odpowiedź na wszystko i zawsze kończyła zdaniem:

— Ja ci mówię, ja życie znam.

Kiedy Daniel zaproponował Majorkę, stałam przy kserokopiarce. Papier zaciął się, ja szarpałam, przeklinałam pod nosem, a on podszedł i powiedział tak zwyczajnie, jakby pytał o lunch:

— Lecę na tydzień na Majorkę. Polecisz ze mną?

Zamarłam. W biurze brzęczały telefony, ktoś się śmiał w open space, a ja słyszałam tylko swoje serce.

— Z przyjemnością. — odpowiedziałam, zanim zdążyłam pomyśleć.

— Kiedy? — dodałam, a on uśmiechnął się tak, jakby właśnie wygrał.

Dziś wiem, że to był moment, w którym weszłam na cudzy „lewy brzeg”. Tak to sobie nazwał później, półżartem, półserio, kiedy piliśmy wino w hotelowym pokoju.

— Operacja „Lewy Brzeg”. — mruknął, unosząc kieliszek. — Żeby nikt nie zauważył.

Wtedy się śmiałam. Bo człowiek śmieje się, kiedy boi się przyznać, że robi coś złego.

W samolocie siedziałam przy oknie. Daniel obok. Pachniał drogimi perfumami i czymś jeszcze — pewnością, że świat mu sprzyja. Dotykał mojego uda, niby przypadkiem, kiedy sięgał po wodę. A ja udawałam, że nie czuję, choć czułam wszystko. Przez pięć godzin lotu mówił o niczym: o pracy, o tym, że „Kira i tak ma swoje sprawy”, o tym, że „czasem trzeba odetchnąć”. Ja kiwałam głową, jakbym była jego lustrem.

— Ty jesteś taka spokojna. — powiedział. — Z tobą jest… łatwo.

Łatwo. To słowo powinno mnie obrazić, a mnie ucieszyło. Bo całe życie byłam „za bardzo”: za wrażliwa, za cicha, za mało przebojowa. A tu nagle byłam „łatwa” w sensie: nie robię problemów. W Polsce kobiety często uczą się, że jeśli nie robią problemów, to zasługują na miłość.

Hotel na Majorce był jak z katalogu: białe ściany, balkon z widokiem na morze, zapach kwiatów, których nazw nie znałam. Daniel wszedł pierwszy, rzucił walizkę, otworzył balkon i wciągnął powietrze.

— Widzisz? — powiedział. — Tu nikt nas nie zna.

A ja poczułam, jakby ktoś zdjął ze mnie ciężki płaszcz. W Warszawie zawsze ktoś patrzył: sąsiadka w windzie, koleżanka z pracy, pani w sklepie. Tu byłam anonimowa. I to było jak narkotyk.

Nie będę udawać, że chodziło o romantyzm. Chodziło o ciało, o dotyk, o to, że ktoś patrzy na mnie tak, jakby mnie chciał. Daniel chciał. Bardzo. Pierwszego dnia, drugiego, trzeciego… W pokoju było pełno śmiechu, szeptów, szelestu prześcieradeł. Wychodziliśmy tylko na chwilę: na plażę, do restauracji, na spacer. A potem wracaliśmy, jakbyśmy uciekali przed światem.

— Jesteś piękna. — mówił, kiedy leżałam obok, a ja wierzyłam, bo chciałam wierzyć.

Wieczorami dzwonił do domu. Wychodził na balkon, mówił cicho:

— Tak, kochanie… Tak, chłopaki… Tata przywiezie coś fajnego.

Słyszałam to przez uchylone drzwi i czułam, jak w środku rośnie mi coś ciemnego. Zazdrość? Wstyd? A może świadomość, że jestem tylko przerwą w czyimś życiu.

Piątego dnia poszliśmy na plażę. Słońce było ostre, piasek parzył stopy. Zobaczyłam kobiety opalające się topless i pomyślałam: „Czemu nie?” W Polsce zawsze się człowiek wstydzi: brzucha, piersi, rozstępów, spojrzeń. Tu nikt nie patrzył jak w Radomiu na basenie.

— Zdejmę. — powiedziałam.

— Jak chcesz. — wzruszył ramionami, ale w jego oczach błysnęło coś, co mnie nakręciło.

Zrzuciłam górę stroju i pobiegłam do wody. Morze było chłodne, aż mnie zatkało. Śmiałam się, chlapałam, czułam się wolna. Kiedy wróciłam, Daniel leżał na ręczniku z zamkniętymi oczami. Patrzył na mnie inaczej. Nie jak na zdobycz. Jakby coś mu się przesunęło w głowie.

— Co? — zapytałam, siadając obok.

— Nic. — odpowiedział szybko. — Po prostu… słońce.

Ale ja widziałam. Widziałam ten moment, kiedy mężczyzna nagle przestaje idealizować. Kiedy „marzenie” staje się człowiekiem z ciałem, które nie jest z reklamy. Poczułam ukłucie. I nagle, pierwszy raz na tej wyspie, zrobiło mi się zimno.

Wieczorem spacerowaliśmy promenadą. Palmy stały jak strażnicy, a na nich wisiały pomarańczowe lampki. Ludzie jedli lody, dzieci krzyczały, ktoś grał na gitarze. Daniel trzymał mnie za rękę, ale jego dłoń była luźna, jakby już nie musiał ściskać.

— Te owoce… — powiedziałam, wskazując na palmy. — To się je? To są… daktyle?

— Pewnie. — rzucił.

— Zapytam mamę. Ona wszystko wie. — zaśmiałam się, bo to było moje bezpieczne zdanie, mój talizman.

I wtedy Daniel się zatrzymał. Spojrzał na mnie tak, jakby pierwszy raz zobaczył, że mam za sobą jakiś świat.

— Co jeszcze twoja mama „wszystko wie”? — zapytał, a w jego głosie było coś ostrego.

Nie wiem, czemu to powiedziałam. Może dlatego, że przez te dni udawałam, że to tylko zabawa, a w środku rosła mi nadzieja. Nadzieja jest najgorsza, bo potrafi ubrać w koronę nawet największe upokorzenie.

— Powiedziała, jak wyjeżdżałam… — zaczęłam i poczułam, jak policzki mi płoną. — Powiedziała, że ty już się ode mnie nie uwolnisz.

Daniel pobladł.

— Co? — wyszeptał.

— Że… że się pobierzecie. — dokończyłam, a słowa zabrzmiały jak obcy język.

— Świetlana… — jego głos był lodowaty. — Ty zwariowałaś?

— Nie… ja tylko… — zaczęłam się plątać. — Mama mówiła, że jak mężczyzna raz… jak raz…

— Ja mam żonę. — przerwał mi. — Mam dzieci.

— Wiem. — powiedziałam cicho. — Ale mama mówi, że to nie problem. Że będziesz ich odwiedzał.

To była chwila, w której zobaczyłam w nim nie kochanka, nie mężczyznę z marzeń, tylko przestraszonego faceta, który nagle zrozumiał, że zabawa może mieć konsekwencje. I zobaczyłam siebie — dziewczynę z Radomia, która przywiozła na Majorkę nie tylko bikini, ale też matczyne proroctwa i głód stabilizacji.

— Twoja mama nie ma prawa… — zaczął, ale urwał. Rozejrzał się, jakby ktoś mógł nas podsłuchać. — Słuchaj. To był wyjazd. Tydzień. Rozumiesz?

— A ja? — zapytałam, zanim zdążyłam się ugryźć w język. — Ja też byłam „tylko tydzień”?

Nie odpowiedział od razu. W jego milczeniu było wszystko.

W nocy leżałam obok niego w hotelowym łóżku, a on odwrócił się plecami. Próbowałam go dotknąć, jak wcześniej, ale jego ciało było sztywne.

— Daniel… — szepnęłam.

— Śpij. — odburknął.

Słyszałam, jak oddycha, jak przewraca się z boku na bok. W pewnym momencie wstał, poszedł do łazienki, zamknął drzwi. Usłyszałam, jak mówi przez telefon.

— Cześć… tak, to ja… słuchaj, masz jeszcze ten kontakt do firmy w Gdańsku?… Nie, nic się nie stało… po prostu… muszę coś zmienić.

Zrozumiałam. On nie planował przyszłości ze mną. On planował ucieczkę przede mną.

Rano na lotnisku był uprzejmy, aż za uprzejmy. Kupił mi kawę, zapytał, czy nie jestem głodna. Jakby chciał przykryć wczorajszy wieczór warstwą normalności.

— W pracy… — zaczął, kiedy czekaliśmy na boarding. — W pracy zachowujmy się normalnie.

— Normalnie. — powtórzyłam, a w środku coś mi pękło.

W Warszawie wróciłam do swojego pokoju. Starsza pani zza ściany stukała jak zwykle, kiedy rozmawiałam z mamą.

— I jak było? — mama aż piszczała z ciekawości. — Palmy? Morze? On cię traktował jak królową?

— Mamo… — powiedziałam i nagle łzy same popłynęły. — On ma żonę.

— A to co, ja nie wiem? — prychnęła. — Świetlanka, nie bądź dziecko. Życie jest jakie jest. Jak cię kocha, to odejdzie.

— On nie kocha. — wyszeptałam.

— To spraw, żeby kochał. — powiedziała twardo. — Ja ci mówię, ja życie znam.

Odłożyłam telefon i usiadłam na łóżku. W pokoju pachniało proszkiem do prania i starym drewnem. Majorka była jak sen, który nagle się urwał, a ja zostałam z kacem moralnym i z pytaniem: co ja właściwie zrobiłam?

W pracy Daniel unikał mnie. Przechodził obok, mówił „cześć” jak do każdej. Na spotkaniach patrzył w laptop, nie na mnie. A ja czułam się jak duch. Jak ktoś, kto był z nim w łóżku, a teraz nie ma prawa istnieć.

Pewnego dnia, w kuchni, spotkałam Kirę. Tak, przyszła do biura — przyprowadziła chłopców, bo Daniel miał im pokazać „gdzie tata pracuje”. Stałam przy ekspresie, kiedy weszła: ładna, zadbana, w płaszczu, z uśmiechem, który był prawdziwy. Dzieci biegały między biurkami.

— Dzień dobry. — powiedziała do mnie. — Jest pani z zespołu Daniela?

Zamarłam. W gardle miałam piasek.

— Tak. — wydusiłam.

— Miło. — uśmiechnęła się. — Daniel dużo o waszej pracy opowiada. Ostatnio taki… zmęczony. Ale mówi, że ma świetnych ludzi.

Patrzyłam na nią i myślałam: „Gdybyś wiedziała.” A jednocześnie: „Może ona wie.” Bo kobiety często wiedzą, tylko udają, że nie.

Daniel podszedł, zobaczył mnie z Kirą i na sekundę stracił kolor.

— O, jesteś. — Kira pocałowała go w policzek. — Chłopaki, przywitajcie się z tatą.

Stałam obok jak mebel. Jak dowód winy.

Po ich wyjściu Daniel złapał mnie w korytarzu.

— Nie rób nic głupiego. — syknął.

— Ja? — zaśmiałam się krótko. — To ty zrobiłeś głupie.

— Świetlana, proszę… — jego głos zmiękł. — Ja mam rodzinę.

— A ja co mam? — zapytałam. — Mam mamę, która myśli, że życie to polowanie. Mam pokój u obcej kobiety. Mam ciebie, który mnie dotykał, a teraz udaje, że mnie nie zna.

Patrzył na mnie długo.

— To był błąd. — powiedział w końcu.

Błąd. Znowu słowo, które miało być małe, a było jak kamień.

Wróciłam do domu i pierwszy raz w życiu nie zadzwoniłam do mamy. Bałam się jej głosu, bo wiedziałam, że ona nie powie: „Uciekaj.” Ona powie: „Walcz.” A ja nie chciałam walczyć o mężczyznę, który ma żonę i dzieci. Nie chciałam być tą, o której mówi się na klatce schodowej: „Rozbiła rodzinę.” W Polsce takie etykiety przyklejają się na zawsze.

A jednak… przez kilka tygodni żyłam jak w gorączce. Czekałam, aż Daniel napisze. A on milczał. Zmienił numer. Przeniósł się do innego działu. Ktoś w biurze powiedział, że „szuka pracy w Gdańsku”.

Zostałam sama z Majorką w głowie: z palmami, z lampkami na promenadzie, z tym jednym wieczorem, kiedy uwierzyłam, że mogę mieć więcej niż samotność.

Najgorsze przyszło później, kiedy zrozumiałam, że nie tęsknię za nim. Tęsknię za sobą z tamtych dni — za kobietą, która śmiała się w morzu i nie myślała o tym, co wypada. Tęsknię za chwilą, kiedy byłam czyimś „tak”.

Dziś, kiedy mijam w Warszawie biura podróży i widzę w witrynach „Majorka last minute”, czuję ścisk w żołądku. Bo wiem, że dla kogoś to będzie urlop, a dla kogoś — początek katastrofy.

Nie wiem, co się stało z Danielem. Może naprawdę uciekł do Gdańska. Może siedzi dalej w Warszawie i udaje, że nic się nie wydarzyło. Może Kira wie i milczy, bo kredyt, bo dzieci, bo „tak trzeba”. Polska jest pełna takich milczeń.

A ja? Ja zostałam z pytaniem, które wraca nocami, kiedy w pokoju jest cicho, a za ścianą nie stuka już żadna starsza pani, bo się wyprowadziłam do kawalerki na kredyt, który spłacam sama: czy ja byłam ofiarą jego egoizmu, czy współsprawczynią własnej naiwności?

I jeszcze jedno: gdybyście byli na moim miejscu — powiedzielibyście Kirze prawdę, czy zostawili to w cieniu palm, tam, gdzie nikt „nas nie zna”?