Wróciłam do domu z noworodkiem – i zderzyłam się z pustką. Czy naprawdę jestem sama w tej walce?

Drzwi do mieszkania zamknęły się za mną z cichym trzaskiem. W jednej ręce trzymałam fotelik z moim nowo narodzonym synkiem, w drugiej torbę z rzeczami ze szpitala. Byłam wykończona, obolała po porodzie, a w głowie kłębiły się myśli: „W końcu w domu. Teraz będzie lepiej. Michał na pewno wszystko przygotował.”

Ale już w przedpokoju poczułam, że coś jest nie tak. W powietrzu unosił się zapach nieświeżego jedzenia, a na podłodze leżały porozrzucane gazety i puste butelki po wodzie. Przeszłam do salonu, z nadzieją, że może chociaż tam znajdę łóżeczko, przewijak, cokolwiek, co pozwoli mi poczuć się bezpiecznie z moim dzieckiem. Nic. Ani śladu łóżeczka, żadnej wanienki, nawet pieluch. Zrobiło mi się słabo.

– Michał! – zawołałam, próbując ukryć drżenie w głosie. – Michał, jesteś?

Z kuchni dobiegł mnie odgłos przesuwanych krzeseł. Po chwili w drzwiach stanął mój mąż, z telefonem przy uchu, w rozpiętej koszuli i z miną, jakby właśnie wyrwano go ze snu.

– Cześć, już wróciłaś? – rzucił, nie odrywając wzroku od ekranu. – Zaraz kończę rozmowę, poczekaj chwilę.

Stałam w progu, z dzieckiem w ramionach, i czułam, jak narasta we mnie złość. Przez dziewięć miesięcy wyobrażałam sobie ten moment – powrót do domu, Michał witający nas z uśmiechem, wszystko przygotowane, ciepło, bezpieczeństwo. Tymczasem stałam w bałaganie, z noworodkiem, który zaczynał płakać, i z mężem, który nawet nie spojrzał na syna.

– Michał, gdzie jest łóżeczko? – zapytałam, kiedy w końcu odłożył telefon.

– Eee… Nie zdążyłem jeszcze kupić. Miałem tyle pracy, wiesz, ten projekt dla klienta z Krakowa…

– A przewijak? Ubranka? Pieluchy? – głos mi się załamał.

– No przecież mówiłem, że się tym zajmę, ale nie miałem czasu. Przecież możesz zamówić przez internet, nie?

Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Michał wzruszył ramionami i wrócił do kuchni, jakby nic się nie stało. Zostałam sama, z płaczącym dzieckiem, w mieszkaniu, które bardziej przypominało pole bitwy niż dom.

Przez kolejne godziny próbowałam ogarnąć rzeczywistość. Przewijałam synka na ręczniku rozłożonym na kanapie, szukałam w torbie szpitalnych pieluch, a Michał zamknął się w swoim gabinecie i rozmawiał przez telefon. Czułam się niewidzialna. Każdy płacz dziecka był jak wyrzut sumienia – czy robię wszystko dobrze? Czy nie powinnam być szczęśliwa? Przecież tyle kobiet marzy o macierzyństwie, a ja… ja czułam się jak w pułapce.

Wieczorem, kiedy synek w końcu zasnął, usiadłam na podłodze w łazience i rozpłakałam się. Przypomniałam sobie rozmowy z mamą, która powtarzała: „Małżeństwo to partnerstwo, musicie być dla siebie wsparciem.” Gdzie było to wsparcie? Gdzie był Michał, kiedy najbardziej go potrzebowałam?

Następnego dnia zadzwoniła do mnie moja przyjaciółka, Kasia. Słysząc mój głos, od razu zapytała:

– Co się dzieje, Anka? Słyszę, że płakałaś.

Nie wytrzymałam. Wylałam jej wszystko – o pustym mieszkaniu, o braku pomocy, o tym, jak bardzo czuję się sama.

– Anka, musisz z nim porozmawiać. On chyba nie rozumie, jak bardzo cię rani – powiedziała cicho.

Wieczorem zebrałam się na odwagę. Michał siedział przed komputerem, stukając w klawiaturę.

– Michał, musimy pogadać – zaczęłam, próbując opanować drżenie głosu.

– Teraz? Mam ważny mail do wysłania.

– Teraz. Bo ja już nie daję rady. Wróciłam do domu z naszym dzieckiem, a ty nawet nie spojrzałeś na syna. Nie przygotowałeś niczego. Czuję się, jakbyśmy byli obcymi ludźmi pod jednym dachem.

Michał westchnął, odwrócił się do mnie i spojrzał z irytacją.

– Przesadzasz. Przecież pracuję dla nas. Ktoś musi zarabiać na to wszystko. Ty siedzisz w domu, masz czas, możesz się tym zająć.

– Siedzę w domu? Michał, ja nie siedzę! Ja walczę o każdy dzień, o każdą godzinę snu, o to, żeby nasze dziecko było bezpieczne. Potrzebuję cię. Potrzebuję, żebyś był obecny, żebyś mi pomógł. Nie chcę być sama w tym wszystkim.

Przez chwilę patrzył na mnie bez słowa. W jego oczach widziałam zmęczenie, ale i obojętność. Wstał, podszedł do mnie i położył rękę na moim ramieniu.

– Przepraszam, Anka. Po prostu… nie wiem, jak to wszystko ogarnąć. Praca mnie przytłacza, a teraz jeszcze dziecko…

– Mnie też to przytłacza. Ale nie mogę być w tym sama.

Przez kolejne dni Michał próbował się poprawić – zamówił łóżeczko, kupił kilka ubranek, nawet przewinął synka raz czy dwa. Ale to wszystko było jakby na pokaz, bez zaangażowania. Wieczorami znikał w swoim gabinecie, a ja zostawałam sama z myślami. Zaczęłam się zastanawiać, czy to wszystko ma sens. Czy nasze małżeństwo przetrwa tę próbę? Czy ja przetrwam?

Pewnego dnia, kiedy synek miał już dwa tygodnie, zadzwoniła moja mama. Słysząc mój głos, od razu przyjechała. Przyniosła ze sobą ciepły rosół, świeże pieluchy i ogromne wsparcie. Przez kilka dni była ze mną, pomagała przy dziecku, rozmawiała, tuliła, kiedy płakałam. To ona powiedziała mi coś, co zapadło mi w pamięć:

– Anka, musisz walczyć o siebie. Nie możesz pozwolić, żebyś zniknęła w tym wszystkim. Michał musi dorosnąć, ale ty musisz zadbać o siebie i o synka.

Te słowa były jak przebudzenie. Zaczęłam szukać wsparcia – dołączyłam do grupy mam na Facebooku, zaczęłam rozmawiać z innymi kobietami, które czuły się tak samo samotne jak ja. Zrozumiałam, że nie jestem sama, choć tak bardzo się tak czułam.

Michał? Nadal był bardziej obecny w pracy niż w domu. Nasze rozmowy były coraz rzadsze, coraz bardziej powierzchowne. Zaczęłam myśleć o terapii, o tym, czy nie lepiej byłoby odejść. Ale na razie walczyłam – o siebie, o synka, o każdy dzień, w którym nie pozwalałam, by samotność mnie pochłonęła.

Czasem, kiedy patrzę na śpiącego synka, pytam siebie: czy naprawdę jestem sama w tej walce? Czy każda matka musi przechodzić przez taki chaos i rozczarowanie? Może to właśnie jest prawdziwa siła – nie poddawać się, nawet gdy wszystko wokół się wali. Co wy o tym myślicie? Czy samotność w macierzyństwie to temat tabu, o którym boimy się mówić?