Syn przyszedł prosić o pieniądze, ale odmówiłam mu: Czy jestem złą matką?
– Mamo, naprawdę nie mam już do kogo pójść – głos Pawła drżał, a ja czułam, jak ściska mnie w gardle. Stał w progu naszego mieszkania, w tej samej kurtce, którą nosił jeszcze na studiach. W oczach miał zmęczenie i coś jeszcze – może wstyd? Może żal? – Potrzebuję tylko trochę, na kilka miesięcy, potem wszystko oddam – zapewniał, patrząc na mnie błagalnie.
W kuchni pachniało świeżo zaparzoną kawą, a nasz kot, Bazyl, ocierał się o moje nogi, jakby wyczuwał napięcie. Mój mąż, Andrzej, siedział przy stole i udawał, że czyta gazetę, ale widziałam, jak drżą mu ręce. Przez chwilę nikt się nie odzywał. W końcu odłożyłam filiżankę i spojrzałam synowi prosto w oczy.
– Paweł, wiesz, że cię kochamy. Ale nie możemy ci pomóc. Musimy zacząć oszczędzać na emeryturę. To nie jest łatwa decyzja, ale… – urwałam, bo głos mi się załamał.
Paweł zacisnął usta. – Czyli zostawiacie mnie na lodzie? Po tylu latach? – W jego głosie była gorycz, której nie pamiętałam z dzieciństwa. – Przecież zawsze powtarzaliście, że rodzina jest najważniejsza.
Andrzej odłożył gazetę. – Synu, nie rozumiesz. My też mamy swoje granice. Pracowaliśmy całe życie, żebyś miał lepiej. Ale teraz musimy pomyśleć o sobie. – Jego słowa zabrzmiały twardo, ale widziałam, jak bardzo go to boli.
Paweł spojrzał na mnie z wyrzutem. – To przez was nie potrafię sobie poradzić. Zawsze wszystko robiliście za mnie. Teraz, kiedy naprawdę potrzebuję pomocy, odwracacie się ode mnie.
Zrobiło mi się słabo. Przypomniałam sobie, jak kiedyś, gdy był mały, tulił się do mnie po nocnych koszmarach. Jak płakał, gdy nie dostał się do wymarzonej szkoły, a ja obiecywałam, że wszystko się ułoży. Czy wtedy też powinnam była pozwolić mu upaść?
– Paweł, jesteś dorosły. Masz żonę, dziecko. Musisz nauczyć się radzić sobie sam. – Słowa wyszły ze mnie, zanim zdążyłam je przemyśleć. Widziałam, jak bardzo go ranią.
– To nie jest takie proste! – krzyknął. – Straciłem pracę, kredyt mnie dobija, a Marta grozi, że odejdzie, jeśli nie zacznę zarabiać. Myślisz, że nie próbowałem wszystkiego?
Bazyl zamiauczał, jakby chciał przerwać tę kłótnię. Andrzej wstał i podszedł do okna. Ja zostałam sama z synem, który nagle wydawał się taki obcy. Jakbyśmy przez te wszystkie lata oddalili się od siebie bardziej, niż byłam w stanie sobie wyobrazić.
– Paweł, nie chcę, żebyś myślał, że cię nie kocham. Ale musisz zrozumieć, że my też mamy swoje lęki. Boję się, że kiedy zabraknie nam pieniędzy, nie będziemy mieli za co żyć. Emerytura nie wystarczy na wszystko. – Głos mi się łamał, ale nie mogłam już przestać mówić. – Przez lata pomagaliśmy ci, jak tylko mogliśmy. Teraz musisz sam znaleźć rozwiązanie.
Paweł spuścił głowę. – Może rzeczywiście jestem nieudacznikiem. Może to wszystko moja wina. – Wyszedł, zanim zdążyłam go zatrzymać.
Drzwi zamknęły się z trzaskiem. Przez chwilę siedziałam w ciszy, słuchając tylko tykania zegara i mruczenia Bazyla. Andrzej wrócił do stołu, ale nie spojrzał na mnie. Wiedziałam, że oboje czujemy się winni.
Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, myśląc o Pawle, o jego żonie, o wnuczce, której nie widziałam od miesięcy. Czy naprawdę powinnam była mu pomóc? Czy może właśnie teraz, kiedy odmówiłam, dałam mu szansę na dorosłość?
Następnego dnia zadzwoniła Marta. – Pani Zofio, Paweł jest załamany. Nie wiem, co robić. – W jej głosie była rozpacz, której nie potrafiłam zignorować. – Boję się, że sobie nie poradzi.
– Marto, ja też się boję. Ale nie możemy ciągle ratować go przed światem. Musi sam nauczyć się walczyć o swoje. – Słowa brzmiały surowo, ale wiedziałam, że są prawdziwe.
Po rozmowie długo siedziałam przy oknie, patrząc na szare, jesienne niebo. Przypomniałam sobie, jak sama byłam młoda, jak z Andrzejem zaczynaliśmy od zera. Ile razy musieliśmy sobie radzić bez niczyjej pomocy. Czy wtedy byliśmy szczęśliwsi? Czy może po prostu bardziej zdeterminowani?
Kilka dni później Paweł przysłał SMS-a: „Przepraszam, mamo. Spróbuję sam. Kocham cię.”
Odetchnęłam z ulgą, ale w sercu czułam pustkę. Czy naprawdę zrobiłam dobrze? Czy może powinnam była jeszcze raz wyciągnąć do niego rękę?
Wieczorem usiedliśmy z Andrzejem przy stole. – Myślisz, że Paweł sobie poradzi? – zapytałam cicho.
– Musi – odpowiedział. – Tak jak my kiedyś.
Patrzyłam na niego, na nasze stare dłonie splecione na stole, na Bazyla śpiącego na parapecie. Przez chwilę czułam spokój, ale zaraz potem znów wróciły wątpliwości.
Czy naprawdę można być dobrą matką, odmawiając pomocy własnemu dziecku? A może czasem trzeba pozwolić mu upaść, żeby nauczyło się wstawać? Co wy byście zrobili na moim miejscu?