Rodzinne rany: Skandal w wiosce pod Łysą Górą

– Nie pozwolę ci zabrać Jasia na ten festyn, słyszysz? – krzyknęłam, czując jak głos drży mi z bezsilności. Stałam w kuchni, z rękami opartymi o stół, a naprzeciwko mnie stała teściowa, Zofia, z zaciśniętymi ustami i spojrzeniem, które mogłoby zabić. Za oknem słychać było śpiew ptaków i szczekanie psa sąsiadów, ale w domu panowała cisza, którą przerywały tylko nasze podniesione głosy.

Zofia zawsze wiedziała lepiej. Odkąd urodził się Jaś, nie było dnia, by nie wtrącała się w moje decyzje. „Za lekko go ubierasz, Katarzyno. Dziecko powinno jeść mięso, a nie te twoje warzywa. Pozwól mu pobiegać po podwórku, niech się zahartuje!” – powtarzała, jakby była jedyną osobą na świecie, która zna się na wychowaniu dzieci. Mój mąż, Marek, zwykle milczał. Siedział przy stole, patrzył w talerz i udawał, że nie słyszy. Czasem tylko rzucał cicho: „Daj spokój, mamo. Katarzyna wie, co robi.” Ale to nie wystarczało.

Tamtego dnia, gdy Zofia przyszła po Jasia, by zabrać go na festyn do sąsiedniej wsi, poczułam, że coś we mnie pęka. Wiedziałam, że na takich imprezach dzieci dostają cukierki, watę cukrową, a potem wracają do domu z bólem brzucha i płaczem. Jaś miał alergię na orzechy, a Zofia nigdy nie przywiązywała do tego wagi. „Za naszych czasów nie było alergii!” – powtarzała z pogardą.

– Katarzyno, nie przesadzaj. Jaś musi się bawić z innymi dziećmi. Nie możesz go trzymać pod kloszem! – powiedziała Zofia, podnosząc głos.

– To nie jest kwestia klosza, tylko zdrowia mojego dziecka! – odpowiedziałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. – Jeśli coś mu się stanie, nigdy sobie tego nie wybaczę.

Zofia spojrzała na mnie z wyższością. – Ty zawsze wszystko komplikujesz. Jaś potrzebuje babci, a nie matki-histeryczki.

Wtedy wszedł Marek. Spojrzał na nas obie, zmęczony i zrezygnowany. – Może byście przestały się kłócić? – mruknął, ale wiedziałam, że nie stanie po mojej stronie. Nigdy nie stawał.

Wieczorem, gdy Jaś już spał, usiadłam na łóżku i rozpłakałam się. Czułam się samotna, niezrozumiana. W tej wiosce wszyscy wiedzieli wszystko o wszystkich. Gdyby ktoś usłyszał, że nie pozwalam babci zabrać wnuka na festyn, zaraz zaczęłyby się plotki. „Katarzyna to ta, co nie szanuje starszych. Katarzyna to ta, co się wywyższa, bo skończyła studia w mieście. Katarzyna to ta, co nie pozwala babci być babcią.”

Następnego dnia Zofia przyszła do nas z ciastem. Usiadła przy stole, jakby nic się nie stało. – Upiekłam sernik, może Jaś spróbuje? – zaproponowała, a ja poczułam, jak znowu narasta we mnie złość. – Nie może, mamo. Wiesz, że ma alergię na mleko. – Odpowiedział Marek, ale Zofia tylko machnęła ręką. – Przesadzasz. Trochę sernika mu nie zaszkodzi.

Wtedy nie wytrzymałam. – Mamo, proszę cię, szanuj nasze zasady. To nasze dziecko i my decydujemy, co może jeść i gdzie chodzić. – Zofia spojrzała na mnie z takim chłodem, że aż mnie zmroziło. – Kiedyś zobaczysz, jak bardzo się mylisz. Dzieci wychowane w sterylnych warunkach są najsłabsze. – Wstała i wyszła, trzaskając drzwiami.

Od tamtej pory zaczęła się wojna. Zofia przestała do nas przychodzić, ale za to rozmawiała z sąsiadkami. Słyszałam, jak na rynku szepczą o mnie, jak patrzą z ukosa. Marek coraz częściej wracał do domu późno, tłumacząc się pracą w gospodarstwie. Jaś pytał, dlaczego babcia już go nie odwiedza. – Babcia jest zajęta, kochanie – odpowiadałam, ale serce mi pękało.

Pewnego dnia, gdy odbierałam Jasia z przedszkola, podeszła do mnie sąsiadka, pani Halina. – Katarzyno, nie powinnaś tak traktować Zofii. Ona tylko chce dobrze. – Uśmiechnęła się sztucznie, a ja poczułam, jak ogarnia mnie wstyd i złość jednocześnie. – Nikt nie rozumie, przez co przechodzę – pomyślałam. – Nikt nie widzi, jak bardzo się boję o swoje dziecko.

Wieczorem Marek wrócił do domu i usiadł naprzeciwko mnie. – Może byś poszła do mamy i porozmawiała z nią? – zaproponował nieśmiało. – To nie ja powinnam przepraszać – odpowiedziałam. – To ona powinna zrozumieć, że Jaś jest naszym dzieckiem, a nie jej własnością.

Czułam, że nasza rodzina się rozpada. Zaczęliśmy się kłócić o drobiazgi. Marek coraz częściej spał na kanapie. Ja zamykałam się w łazience i płakałam, żeby Jaś nie słyszał. Zofia rozpowiadała po wsi, że jestem złą matką. Nawet ksiądz na kazaniu mówił o szacunku dla starszych i o tym, jak ważna jest rodzina.

Pewnej nocy Jaś dostał ataku alergii. Zawiozłam go do szpitala, a Marek zadzwonił do Zofii. Przyjechała natychmiast, blada i przerażona. Stała pod drzwiami sali, a ja patrzyłam na nią przez łzy. – Przepraszam – wyszeptała. – Nie wiedziałam, że to takie poważne.

Wtedy zrozumiałam, że nie chodzi tylko o mnie i o nią. Chodzi o Jasia. O to, by był bezpieczny i kochany. Ale czy można kochać za bardzo? Czy można być zbyt ostrożnym?

Dziś, gdy patrzę na śpiącego Jasia, wciąż zadaję sobie pytanie: czy przesadziłam, czy po prostu próbowałam być dobrą matką? Czy można znaleźć równowagę między miłością a kontrolą, zanim rodzina rozpadnie się na kawałki?