Mam wnuki, ale nie pozwalają mi się nimi opiekować – historia matki, która straciła kontakt z rodziną

– Mamo, proszę, nie zaczynaj znowu – usłyszałam głos Pawła, mojego syna, zanim jeszcze zdążyłam wejść do ich mieszkania. Stałam w progu z ciastem w rękach, a w środku czułam, jak serce mi się ściska. Wnuki biegały po salonie, śmiejąc się i krzycząc, a ja, choć byłam tak blisko, czułam się jak intruz.

– Przecież tylko zapytałam, czy mogę zabrać Zosię na spacer – odpowiedziałam cicho, próbując ukryć drżenie głosu.

– Nie mamy czasu na spacery – wtrąciła się Marta, moja synowa, nie patrząc mi w oczy. – Zosia ma angielski, potem balet, a potem wraca do domu. Nie chcemy, żeby coś się pomieszało.

Zamknęłam oczy na chwilę, próbując nie wybuchnąć płaczem. Przecież nie chciałam niczego mieszać. Chciałam tylko poczuć, że jestem potrzebna. Że mogę być babcią, jaką zawsze chciałam być. Ale od kilku lat wszystko się zmieniło.

Kiedy Paweł poznał Martę, byłam szczęśliwa. Wydawała się miła, uśmiechnięta, a ja cieszyłam się, że mój syn znalazł kogoś, z kim chce dzielić życie. Ale potem zaczęły się drobne spięcia. Najpierw o to, że za często przychodziłam. Potem, że za dużo doradzam. Aż w końcu, po jednej rozmowie o pieniądzach, wszystko się posypało.

Pamiętam ten dzień jak dziś. Siedzieliśmy przy stole, a Marta narzekała, że nie starcza im do pierwszego. Zapytałam, czy nie powinni trochę ograniczyć wydatków na zajęcia dodatkowe dla dzieci. Chciałam dobrze, naprawdę. Ale Marta spojrzała na mnie z takim chłodem, jakby zobaczyła wroga.

– Łatwo ci mówić, kiedy miałaś mieszkanie po rodzicach i nie musiałaś się martwić o kredyt – rzuciła. – My nie mamy takiego komfortu.

Od tamtej pory czułam, że coś się zmieniło. Paweł zaczął rzadziej dzwonić, a wizyty ograniczyły się do świąt i urodzin. Wnuki rosły, a ja patrzyłam na nie z oddali, jak przez szybę.

Czasem próbowałam się wtrącić, zaproponować pomoc. – Mogę odebrać dzieci z przedszkola, jeśli macie dużo pracy – mówiłam. – Nie trzeba, mamy wszystko pod kontrolą – odpowiadała Marta, nawet nie podnosząc wzroku znad telefonu.

Czułam się coraz bardziej niepotrzebna. W pracy byłam szanowana, znajomi często pytali mnie o radę, a w domu… w domu byłam tylko przeszkodą. Nawet moja siostra, Basia, mówiła mi, żebym dała im spokój. – Może musisz się trochę wycofać, poczekać, aż sami do ciebie przyjdą – radziła. Ale jak miałam czekać, skoro każdy dzień bez wnuków bolał coraz bardziej?

Najgorsze były święta. Wszyscy razem przy stole, a ja czułam, że jestem tylko dodatkiem. Zosia i Staś przychodzili się przywitać, ale zaraz biegli do swoich rodziców. Marta patrzyła na mnie z dystansem, a Paweł był spięty, jakby bał się, że powiem coś nie tak.

Pewnego dnia zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam do Pawła. – Synku, czy mogłabym zabrać dzieci na weekend do siebie? Upiekłabym szarlotkę, poszlibyśmy do parku…

– Mamo, Marta nie chce, żeby dzieci spały poza domem. Poza tym mają zajęcia, a potem musimy jechać do znajomych.

– Ale przecież kiedyś…

– Mamo, proszę, nie naciskaj. To nie jest dobry moment.

Odkładając słuchawkę, poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Czy naprawdę byłam tak złą matką? Czy zrobiłam coś, czego nie potrafię sobie przypomnieć? Przecież zawsze starałam się być dla Pawła wsparciem. Kiedy był mały, byłam przy nim na każdym kroku. Teraz, kiedy to ja potrzebuję jego bliskości, on odsuwa się coraz dalej.

Czasem myślę, że Marta po prostu mnie nie lubi. Może czuje się przeze mnie oceniana? Może boi się, że będę krytykować jej metody wychowawcze? Ale przecież nigdy nie powiedziałam nic złego. Chciałam tylko pomóc.

Ostatnio spotkałam sąsiadkę, panią Jadzię, która opowiadała mi, jak codziennie odbiera wnuczkę z przedszkola. – To największa radość na starość – mówiła z uśmiechem. – Dzieci są takie wdzięczne, a rodzice mają chwilę dla siebie.

Zazdrościłam jej tej bliskości. Ja miałam tylko zdjęcia na Facebooku i krótkie rozmowy przy stole. Czasem Zosia podbiegała do mnie, przytulała się na chwilę, ale zaraz Marta wołała ją do siebie.

Próbowałam rozmawiać z Martą, wyjaśnić wszystko, ale ona zawsze była zajęta. – Przepraszam, muszę kończyć, Staś coś rozlał – mówiła i znikała w drugim pokoju.

Zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam po prostu odpuścić. Może rzeczywiście jestem zbyt nachalna? Może powinnam poczekać, aż dzieci same będą chciały mnie odwiedzać? Ale jak mam czekać, skoro każdy dzień bez nich jest jak kolejny kamień do mojego serca?

Czasem wyobrażam sobie, że wszystko się zmienia. Że Paweł dzwoni i mówi: – Mamo, potrzebujemy cię. Czy możesz zostać z dziećmi? Ale to tylko marzenia. Rzeczywistość jest inna.

Ostatnio, kiedy byłam u nich na urodzinach Stasia, usłyszałam, jak Marta rozmawia przez telefon z koleżanką. – Nie chcę, żeby moja teściowa wtrącała się w nasze sprawy. Ona nie rozumie, jak ciężko jest dzisiaj żyć. My musimy sami sobie radzić.

Zabolało. Bardziej niż cokolwiek innego. Przecież nie chciałam się wtrącać. Chciałam tylko być częścią ich życia.

Wieczorem, wracając do pustego mieszkania, usiadłam na kanapie i zaczęłam przeglądać stare zdjęcia. Paweł jako mały chłopiec, uśmiechnięty, przytulony do mnie. Zosia i Staś na moich kolanach, jeszcze wtedy, gdy pozwalali mi się nimi opiekować.

Czy naprawdę zasłużyłam na takie odrzucenie? Czy można być zbyt kochającą matką i babcią? Może powinnam była inaczej rozmawiać z Martą, nie wspominać o pieniądzach, nie doradzać? Ale czy to znaczy, że już nigdy nie będę mogła być blisko moich wnuków?

Może ktoś z was miał podobną sytuację? Jak sobie z tym poradziliście? Czy jest jeszcze szansa, żeby odzyskać rodzinę, zanim będzie za późno?