Synowa postawiła mi ultimatum: piwnica albo dom opieki. Nie spodziewała się, co wybiorę…
— Gregory, musimy porozmawiać — głos Moniki, mojej synowej, rozbrzmiał w kuchni, kiedy jeszcze nie zdążyłem dopić porannej kawy. Siedziałem przy stole, patrząc na zdjęcie mojej zmarłej żony, Wiktorii, które zawsze nosiłem przy sobie. Minęły dopiero trzy miesiące od jej śmierci, a ja wciąż czułem, jakby ktoś wyrwał mi serce. Przeprowadziłem się do syna, Bartka, bo nie potrafiłem znieść pustki w naszym mieszkaniu. Myślałem, że rodzina to najlepsze lekarstwo na samotność. Myliłem się.
Monika stała w drzwiach, z założonymi rękami i miną, która nie wróżyła niczego dobrego. Bartek, mój syn, siedział obok mnie, nerwowo bawiąc się obrączką. — Tato, Monika ma rację. Musimy ustalić, jak to będzie wyglądało dalej — powiedział cicho, nie patrząc mi w oczy.
— O co chodzi? — zapytałem, choć przeczuwałem, że nie będzie to rozmowa, na którą czekałem.
— Nie możemy tak żyć. To nie jest hotel. Albo zgadzasz się na pokój w piwnicy, albo… — Monika zawiesiła głos, patrząc na Bartka, jakby czekała, aż dokończy za nią.
— Albo będziemy musieli znaleźć ci dom opieki — dokończył syn, a ja poczułem, jakby ktoś uderzył mnie w twarz.
Przez chwilę nie mogłem wydobyć z siebie głosu. W głowie dudniło mi jedno pytanie: jak mogli mi to zrobić? Przecież to ja ich wychowałem, to ja poświęciłem wszystko, żeby Bartek miał lepsze życie. A teraz, kiedy zostałem sam, jestem dla nich ciężarem?
— Piwnica? — powtórzyłem, próbując zrozumieć, czy dobrze słyszę. — Chcecie, żebym mieszkał w piwnicy?
— To jedyne wolne miejsce, tato — Bartek próbował brzmieć przekonująco, ale widziałem, że sam nie wierzy w to, co mówi.
— Tam nie ma nawet okna! — wybuchłem. — Chcecie mnie zamknąć jak psa?
Monika wzruszyła ramionami. — Albo piwnica, albo dom opieki. Nie możemy dłużej żyć w takim napięciu. Dzieci się boją, nie mają gdzie się bawić, a ja nie mam prywatności.
Spojrzałem na Bartka. — Synu, naprawdę tego chcesz?
Nie odpowiedział. Wstał i wyszedł z kuchni, zostawiając mnie sam na sam z Moniką.
Zostałem sam. Siedziałem w kuchni, patrząc na zdjęcie Wiktorii. — Co byś zrobiła na moim miejscu? — szepnąłem. W głowie kłębiły mi się wspomnienia: wspólne wakacje nad morzem, święta, kiedy cała rodzina śmiała się przy stole. Teraz zostałem sam, niepotrzebny nikomu.
Przez kolejne dni chodziłem jak cień. Monika unikała mnie, Bartek udawał, że wszystko jest w porządku. Dzieci, Zuzia i Michał, patrzyły na mnie z niepokojem. Wiedziałem, że nie mogę zostać w tym domu. Ale dom opieki? Nie wyobrażałem sobie, że miałbym tam umrzeć, zapomniany przez wszystkich.
Pewnego wieczoru, kiedy wszyscy już spali, usiadłem w salonie i zacząłem przeglądać stare listy Wiktorii. W jednym z nich znalazłem adres jej dawnej przyjaciółki, pani Haliny. Przypomniałem sobie, jak Wiktoria zawsze powtarzała, że Halina to kobieta o wielkim sercu. Postanowiłem napisać do niej list. Opisałem swoją sytuację, nie licząc na wiele.
Kilka dni później dostałem odpowiedź. „Gregory, przyjedź do mnie. Mam duży dom, od lat jestem sama. Zawsze możesz na mnie liczyć. Halina.”
Nie zastanawiałem się długo. Spakowałem walizkę, zostawiłem Bartkowi list: „Synu, nie chcę być ciężarem. Życzę wam szczęścia. Tata.”
Kiedy wychodziłem z domu, Monika stała w drzwiach. — Dokąd idziesz? — zapytała chłodno.
— Tam, gdzie ktoś mnie jeszcze potrzebuje — odpowiedziałem, nie oglądając się za siebie.
Podróż do Haliny była jak powrót do życia. Przyjęła mnie z otwartymi ramionami. — Gregory, nie jesteś sam. Zawsze możesz na mnie liczyć — powiedziała, podając mi herbatę.
Z czasem zaczęliśmy spędzać ze sobą coraz więcej czasu. Rozmawialiśmy godzinami, wspominaliśmy stare czasy, śmialiśmy się i płakaliśmy razem. Halina stała się dla mnie kimś więcej niż przyjaciółką. Odkryłem, że życie po stracie może mieć sens, jeśli tylko znajdzie się kogoś, kto rozumie ból i samotność.
Bartek zadzwonił po miesiącu. — Tato, przepraszam. Nie wiedziałem, jak bardzo cię zraniłem. Monika… ona… — urwał, nie potrafiąc dokończyć.
— Synu, nie mam żalu. Każdy wybiera swoją drogę. Ja wybrałem swoją — odpowiedziałem spokojnie.
Czasem zastanawiam się, czy rodzina to tylko więzy krwi, czy coś więcej. Czy można być szczęśliwym, kiedy najbliżsi odwracają się plecami? A może prawdziwa rodzina to ci, którzy zostają, kiedy wszyscy inni odchodzą?
Czy naprawdę musimy wybierać między samotnością a godnością? Co wy byście zrobili na moim miejscu?