Czy naprawdę jestem tylko tłem dla ich chorych relacji?
— Uśmiechnij się, proszę, mama nie może niczego zauważyć — powiedział Adam, patrząc na mnie z tym swoim chłodnym spokojem, który zawsze mnie przerażał. Stałam w łazience, trzymając w dłoni korektor, próbując zakryć fioletowy ślad na policzku. Moje ręce drżały, a w głowie kłębiły się myśli: jak to się stało, że znalazłam się w tym miejscu? Czy naprawdę jestem tylko tłem dla ich chorych relacji?
Wczoraj wieczorem, kiedy wrócił z pracy, od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Był spięty, nerwowy, rzucał kluczami o stół. — Znowu rozmawiałaś z mamą? — zapytał, a ja poczułam, jak ściska mi się żołądek. — Tak, dzwoniła, pytała, czy już podjęliśmy decyzję w sprawie przeprowadzki — odpowiedziałam cicho. Adam zacisnął pięści. — Wiesz, że to dla niej ważne. Dlaczego nie możesz być bardziej wyrozumiała? — Jego głos stawał się coraz głośniejszy.
Nie chciałam mieszkać z teściową. Od początku naszego małżeństwa czułam, że jej obecność jest przytłaczająca. Wszystko musiało być po jej myśli: od koloru zasłon po to, co jemy na obiad. Adam zawsze stawał po jej stronie. — Mama wie lepiej — powtarzał. — Mama chce dla nas dobrze. — Ale czy ktoś pytał, czego ja chcę?
Wczoraj po raz pierwszy nie wytrzymałam. — Adam, ja nie chcę mieszkać z twoją matką. Chcę mieć własny dom, własne życie. — Wtedy zobaczyłam w jego oczach coś, czego nigdy wcześniej nie widziałam. Gniew. Bezsilność. I nagle poczułam ból. Uderzył mnie otwartą dłonią w twarz. Stałam przez chwilę w szoku, nie mogąc uwierzyć, że to się naprawdę stało. — Przepraszam — powiedział po chwili, ale jego głos był pusty. — Po prostu… nie rozumiesz, jak bardzo ona mnie potrzebuje.
Nie spałam całą noc. Leżałam na kanapie, bo nie miałam siły wejść do sypialni. Próbowałam zrozumieć, gdzie popełniłam błąd. Czy naprawdę jestem taka zła? Czy to ja jestem problemem? Nad ranem Adam przyszedł do mnie z kawą. — Dzisiaj przyjdzie mama. Proszę, nie rób scen. Uśmiechaj się. Zakryj to — wskazał na mój policzek. — Nie chcę jej martwić. — Poczułam, jak ogarnia mnie wściekłość i bezsilność jednocześnie.
Kiedy przyszła teściowa, od razu zaczęła komentować: — O, jakaś blada jesteś, Marto. Nie chorujesz? — Uśmiechnęłam się sztucznie, czując, jak łzy cisną mi się do oczu. Adam patrzył na mnie wyczekująco. — Wszystko w porządku, po prostu źle spałam — odpowiedziałam, a ona pokiwała głową z udawaną troską. — Musicie się w końcu zdecydować na przeprowadzkę. Adam, przecież mówiłam ci, że w domu będzie wam lepiej. — Adam spojrzał na mnie, jakby oczekiwał, że przytaknę. — Tak, mamo, jeszcze się zastanawiamy — wymamrotałam.
Po obiedzie, kiedy teściowa poszła do kuchni, Adam ścisnął mnie za rękę. — Dziękuję, że się starasz. Widzisz, to nie takie trudne. — Jego dotyk był zimny, a ja poczułam, że coś we mnie pęka. Czy naprawdę jestem tylko dodatkiem do ich rodziny? Kim jestem w tym wszystkim?
Wieczorem zadzwoniła do mnie moja siostra, Ania. — Marta, co się dzieje? Słyszę po głosie, że coś jest nie tak. — Przez chwilę milczałam, nie wiedząc, co powiedzieć. — Nic, po prostu jestem zmęczona — skłamałam. — Marta, proszę cię, nie okłamuj mnie. Znam cię. — Chciałam jej powiedzieć, co się stało, ale zabrakło mi odwagi. Wstydziłam się. Bałam się, że nie zrozumie. Że powie: „A nie mówiłam, żebyś nie wychodziła za Adama?”.
W nocy długo patrzyłam w sufit. Przypominałam sobie nasze początki. Adam był wtedy zupełnie inny. Czuły, opiekuńczy, potrafił mnie rozśmieszyć nawet w najgorszy dzień. Ale od kiedy jego matka zaczęła się wtrącać w nasze życie, wszystko się zmieniło. Każda decyzja musiała być konsultowana z nią. Każda rozmowa kończyła się kłótnią. A ja coraz bardziej czułam się jak intruz we własnym domu.
Pamiętam, jak kiedyś powiedziałam Adamowi, że chciałabym pojechać na wakacje tylko we dwoje. — Ale mama będzie się martwić — odpowiedział. — Może pojedziemy razem z nią? — Wtedy jeszcze się śmiałam, myśląc, że żartuje. Dziś wiem, że on naprawdę nie potrafi żyć bez jej akceptacji.
Rano, kiedy Adam wyszedł do pracy, długo patrzyłam na swoje odbicie w lustrze. Siniak na policzku był już mniej widoczny, ale ból w środku nie znikał. Czy naprawdę jestem tylko tłem dla ich chorych relacji? Czy mam jeszcze prawo walczyć o siebie? Czy powinnam odejść, zanim będzie za późno?
Czasem zastanawiam się, czy Adam w ogóle mnie kocha, czy tylko potrzebuje kogoś, kto będzie spełniał jego i matki oczekiwania. Czy jestem dla niego żoną, czy tylko kolejnym elementem układanki, którą układa jego matka? Czy naprawdę zasługuję na to, żeby być szczęśliwa?
Nie wiem, co będzie dalej. Boję się, ale wiem, że muszę podjąć decyzję. Może powinnam w końcu powiedzieć Ani prawdę. Może powinnam odejść. Ale czy mam dość siły, żeby zacząć wszystko od nowa?
Czy naprawdę jestem tylko dodatkiem do ich rodziny? Czy ktoś kiedyś zobaczy we mnie człowieka, a nie tylko tło dla cudzych potrzeb? Może powinnam w końcu zapytać samą siebie: ile jestem warta i czy jeszcze potrafię walczyć o siebie?