Mój syn odszedł, zostawiając rodzinę bez grosza. Ja nie mogłem zrobić tego samego.
— Paweł, co ty wyprawiasz? — krzyknąłem, patrząc, jak mój syn wrzuca do torby ostatnie ubrania. Stał w przedpokoju, z twarzą zwróconą w stronę drzwi, jakby już nie był częścią tego domu. — Nie rozumiesz, tato, ja się duszę! — odpowiedział, nie patrząc mi w oczy. — Dusisz się? A twoja żona? A twoja córka? — głos mi się załamał, bo wiedziałem, że to nie jest zwykła kłótnia. To był koniec.
Wszystko zaczęło się kilka miesięcy wcześniej. Paweł coraz częściej wracał późno z pracy, coraz rzadziej rozmawiał z Martą, swoją żoną. Wnuczka, mała Zosia, miała wtedy trzy lata i nie rozumiała, dlaczego tata nie chce się z nią bawić. Ja widziałem, jak Marta chodzi po domu z podkrążonymi oczami, jak próbowała ratować to, co się rozpadało. Ale Paweł był nieobecny, jakby już podjął decyzję, tylko nie miał odwagi jej wypowiedzieć na głos.
Pewnego wieczoru, gdy wróciłem z pracy, zastałem Martę siedzącą na schodach przed domem. Płakała. — On… on powiedział, że odchodzi. Że nie chce już być ojcem, mężem, nikim… — wyszeptała. Poczułem, jakby ktoś wbił mi nóż w serce. Przecież to mój syn, mój Paweł, ten sam, którego uczyłem jeździć na rowerze, który zawsze mówił, że rodzina jest najważniejsza. Co się z nim stało?
Próbowałem z nim rozmawiać. — Synu, nie możesz tak po prostu odejść. Masz obowiązki. — Ale on tylko wzruszał ramionami. — Tato, ja już nie mogę. Nie kocham Marty, nie chcę tego życia. — Patrzyłem na niego i nie poznawałem własnego dziecka. — A Zosia? — spytałem. — Zosia jest jeszcze mała, nie zrozumie… — odpowiedział, jakby to miało cokolwiek usprawiedliwiać.
Kiedy Paweł wyszedł tamtego dnia, zostawił za sobą nie tylko rodzinę, ale i długi. Okazało się, że od miesięcy nie płacił rachunków, że zaciągnął kredyt, o którym nikt nie wiedział. Marta została z dzieckiem, bez pieniędzy, bez wsparcia. Przyszedł do mnie list z banku, potem drugi, potem wezwanie do zapłaty. Siedziałem wieczorami przy kuchennym stole, licząc każdy grosz, zastanawiając się, jak pomóc synowej i wnuczce, skoro sam ledwo wiązałem koniec z końcem.
Marta była dumna. — Panie Andrzeju, nie chcę być ciężarem. — Ale ja nie mogłem jej zostawić. — Jesteś rodziną, Marto. Zosia to moja wnuczka. — Przez kilka miesięcy dzieliliśmy się wszystkim. Oddałem im swój pokój, sam spałem na kanapie. Zacząłem brać dodatkowe zmiany w pracy, żeby starczyło na jedzenie i rachunki. Były dni, kiedy miałem ochotę zadzwonić do Pawła i wykrzyczeć mu wszystko, co o nim myślę. Ale nie odbierał. Przysłał tylko jednego SMS-a: „Nie szukajcie mnie.”
Zosia często pytała o tatę. — Dziadku, kiedy tata wróci? — Ściskałem ją wtedy mocno i mówiłem: — Tata jest daleko, ale masz mnie, masz mamę. — Widziałem, jak Marta płacze nocami, jak stara się być silna dla córki. Czasem miałem wrażenie, że to wszystko mnie przerasta, że nie dam rady. Ale patrzyłem na Zosię i wiedziałem, że nie mogę się poddać.
W pracy koledzy zaczęli szeptać za moimi plecami. — Słyszałeś? Syn Andrzeja zostawił rodzinę, podobno uciekł za granicę. — Udawałem, że nie słyszę, ale bolało. Wstydziłem się. Czułem się winny, jakby to była moja porażka jako ojca. Wieczorami rozmawiałem z żoną, która zmarła kilka lat temu. — Haniu, co mam robić? — szeptałem do jej zdjęcia. — Jak wychować syna, który potrafi tak skrzywdzić własną rodzinę?
Marta próbowała znaleźć pracę, ale z małym dzieckiem nie było łatwo. Pomagałem, jak mogłem, ale pieniędzy ciągle brakowało. Zdarzało się, że musieliśmy wybierać między opłaceniem prądu a kupnem leków dla Zosi, gdy ta zachorowała na zapalenie oskrzeli. Wtedy po raz pierwszy poprosiłem o pomoc sąsiadkę, panią Jadwigę. — Andrzej, nie wstydź się. Każdemu może się zdarzyć. — Dała nam trochę jedzenia, a ja czułem, jak duma rozbija się o ścianę rzeczywistości.
Minęły miesiące. Paweł nie wracał, nie dzwonił, nie pisał. Czasem myślałem, że może coś mu się stało, ale potem widziałem go na zdjęciach w internecie — uśmiechnięty, z nową kobietą, gdzieś w Hiszpanii. Serce mi pękało, ale nie mogłem pozwolić sobie na rozpacz. Marta i Zosia potrzebowały mnie bardziej niż kiedykolwiek.
Pewnego dnia Zosia przyniosła mi rysunek. Byliśmy na nim we trójkę: ona, ja i Marta. — Dziadku, to nasza rodzina — powiedziała. Uśmiechnąłem się przez łzy. Zrozumiałem wtedy, że choć Paweł nas zawiódł, my nie możemy zawieść siebie nawzajem.
Czasem w nocy budzę się zlany potem, z pytaniem w głowie: gdzie popełniłem błąd? Czy mogłem zrobić coś inaczej, by mój syn nie odszedł? Ale potem patrzę na Zosię, jak śpi spokojnie, i wiem, że nie mogę się poddać. Może nie jestem idealnym ojcem, ale staram się być dobrym dziadkiem.
Czasem myślę: czy rodzicielska miłość naprawdę nie zna granic? Czy można kochać dziecko, które tak bardzo cię zawiodło? A może prawdziwa miłość to właśnie wybaczenie i pomoc tym, którzy najbardziej jej potrzebują? Co wy byście zrobili na moim miejscu?