Poranek, który zmienił wszystko: Teściowa, śniadanie i nasze nowe życie
— Naprawdę nie rozumiem, jak możecie żyć w takim miejscu — teściowa odłożyła widelec z głośnym stuknięciem na talerz, a ja poczułam, jak w gardle rośnie mi gula. To był nasz pierwszy wspólny poranek w nowym mieszkaniu, a ona już znalazła powód do narzekań. — W moich czasach nikt by się nie cieszył z takiego klitki.
Spojrzałam na Michała, który nerwowo mieszał kawę, udając, że nie słyszy. Ale ja słyszałam wszystko. Każde słowo wbijało się we mnie jak szpilka. Przecież to był nasz dom. Nasz pierwszy, wymarzony kąt, na który pracowaliśmy przez lata.
— Mamo, to jest nasze miejsce. Nam się podoba — Michał próbował załagodzić sytuację, ale wiedziałam, że to nie wystarczy. Teściowa zawsze miała swoje zdanie i nie zamierzała go zmieniać.
— Ja tu więcej nie przyjdę. Nie mam zamiaru siedzieć w tej ciasnocie, gdzie nawet okno się nie otwiera porządnie! — dodała z wyrzutem, patrząc na mnie, jakbym była winna całemu złu tego świata.
Zacisnęłam dłonie na kubku z herbatą. Przypomniałam sobie, jak jeszcze miesiąc temu marzyliśmy z Michałem o tym, żeby wreszcie mieć własne miejsce. Wynajmowane mieszkania, wieczne przeprowadzki, brak prywatności. A teraz, kiedy w końcu się udało, zamiast radości czułam rozczarowanie. Bo nie tak wyobrażałam sobie pierwszy rodzinny posiłek.
— Mamo, nie musisz tu przychodzić, jeśli ci się nie podoba — powiedział Michał cicho, ale stanowczo. Widziałam, jak bardzo go to boli. On zawsze chciał, żebyśmy wszyscy się dogadywali. Ale ja wiedziałam, że to niemożliwe.
Teściowa wstała, poprawiła torebkę na ramieniu i spojrzała na mnie z góry. — Zobaczymy, jak sobie poradzicie bez mojej pomocy. — Wyszła, trzaskając drzwiami.
Zapanowała cisza. Siedzieliśmy z Michałem naprzeciwko siebie, patrząc na niedojedzone jajka i zimną kawę. W powietrzu wisiało pytanie: co teraz?
— Przepraszam — powiedział Michał, ale nie wiedziałam, czy przeprasza mnie, czy siebie. — Moja mama… Ona zawsze taka była.
— Wiem — odpowiedziałam, próbując się uśmiechnąć. — Ale to nasz dom. I nie pozwolę, żeby ktoś nam go odebrał.
Przez kolejne dni czułam się dziwnie. Z jednej strony byłam dumna, że w końcu mamy swoje miejsce. Z drugiej — bolało mnie, że nie możemy liczyć na wsparcie rodziny. Teściowa nie dzwoniła, nie pisała. Moja mama, choć mieszkała daleko, przynajmniej wysłała SMS-a z gratulacjami. Ale to nie było to samo.
W pracy nie mogłam się skupić. Koleżanki opowiadały o swoich rodzinach, o tym, jak ich rodzice pomagają im w remontach, przywożą słoiki z zupą, zabierają wnuki na weekend. A ja? Ja miałam tylko Michała. I nasze cztery ściany.
Wieczorami rozmawialiśmy z mężem o wszystkim. O tym, jak urządzić salon, gdzie powiesić zdjęcia ze ślubu, czy kupić nową kanapę. Ale temat teściowej wracał jak bumerang.
— Może powinniśmy do niej zadzwonić? — zapytał Michał pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy na podłodze, jedząc pizzę z kartonu. — Może przesadziliśmy?
— A może ona przesadza? — odpowiedziałam ostro, sama zaskoczona swoim tonem. — Zawsze musimy się dostosowywać. Może czas, żeby ona zaakceptowała nasze wybory?
Michał milczał. Wiedziałam, że jest mu ciężko. On kochał swoją mamę, ale kochał też mnie. I nie chciał wybierać.
Minął tydzień. Potem drugi. Teściowa nie dawała znaku życia. Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę nie potrzebujemy jej pomocy. Przecież nie umiem wszystkiego. Nie znam się na hydraulice, nie potrafię naprawić cieknącego kranu. Michał też nie był złotą rączką. Ale jakoś sobie radziliśmy.
Pewnego dnia, kiedy wróciłam z pracy, zastałam Michała siedzącego na podłodze w łazience. Woda lała się spod umywalki, a on próbował coś zakręcić.
— Potrzebujesz pomocy? — zapytałam, choć wiedziałam, że nie chce się przyznać do porażki.
— Dam radę — burknął, ale widziałam, że jest bliski płaczu.
Usiadłam obok niego. — Może zadzwonimy po hydraulika? — zaproponowałam. — Albo… do twojej mamy?
Spojrzał na mnie z wyrzutem. — Nie chcę jej prosić. Powiedziała, że nie przyjdzie. Nie będę się prosił.
Przytuliłam go. — Poradzimy sobie. Zawsze sobie radziliśmy.
Zadzwoniliśmy po fachowca. Zapłaciliśmy więcej, niż planowaliśmy, ale przynajmniej nie musieliśmy nikogo prosić o łaskę. Wieczorem, kiedy siedzieliśmy na kanapie, Michał powiedział cicho:
— Może to i lepiej. Może w końcu będziemy naprawdę samodzielni.
Przez kolejne tygodnie uczyliśmy się wszystkiego od nowa. Jak wymienić żarówkę, jak naprawić zamek w drzwiach, jak zrobić zakupy na cały tydzień. Było ciężko, ale czułam, że rośniemy razem. Każda drobna porażka była nasza. Każdy sukces — też.
Czasem, kiedy patrzyłam na zdjęcie teściowej na półce, zastanawiałam się, czy naprawdę jej nie potrzebujemy. Czy można być szczęśliwym bez aprobaty rodziny? Czy dom to tylko cztery ściany, czy coś więcej?
Dziś, kiedy mijam sąsiadów na klatce, uśmiecham się do siebie. Może nie mamy wsparcia, jak inni. Może nie dostajemy słoików z zupą i nie mamy babci na każde zawołanie. Ale mamy siebie. I to wystarczy.
Czasem jednak, kiedy wieczorem gaszę światło, pytam siebie: czy naprawdę można być szczęśliwym, jeśli najbliżsi nie akceptują naszych wyborów? A może szczęście to po prostu odwaga, by iść własną drogą, nawet jeśli jest pod górę?