Dar, który zmienił dwa życia: Opowieść o odwadze i człowieczeństwie

— Pani Marto, on nie przeżyje bez przeszczepu — głos doktora Nowaka brzmiał jak wyrok. Stałam w szpitalnym korytarzu, ściskając w dłoniach kubek zimnej już kawy. Przez szybę widziałam małego Jasia, leżącego na łóżku, z twarzą bladą jak ściana. Jego mama, pani Ewa, siedziała przy nim, trzymając go za rękę, a łzy spływały jej po policzkach. Wtedy poczułam, jakby ktoś ścisnął mi serce. Pracowałam na oddziale nefrologii dziecięcej od siedmiu lat, ale nigdy wcześniej nie czułam się tak bezradna.

— Ale przecież… — zaczęłam, ale doktor pokręcił głową. — Matka nie może być dawcą, ojciec też nie. Rodzeństwo nie ma. Lista oczekujących jest długa, a czas ucieka.

Wróciłam do dyżurki i usiadłam ciężko na krześle. W głowie miałam mętlik. Przypomniałam sobie, jak Jaś uśmiechał się do mnie, kiedy przynosiłam mu leki, jak opowiadał o swoim ukochanym psie, który czeka na niego w domu. Był taki dzielny, mimo bólu i strachu. „Dlaczego on? Dlaczego takie dzieci muszą cierpieć?” — pytałam siebie w myślach, czując narastającą złość na niesprawiedliwość losu.

Wieczorem wróciłam do domu. Mój mąż, Tomek, czekał na mnie z kolacją. — Znowu późno — powiedział z lekkim wyrzutem, ale widząc moją minę, od razu zamilkł. Usiadłam naprzeciwko niego i opowiedziałam mu o Jasiu. — Tomek, on nie przeżyje bez przeszczepu. Jego rodzina nie może mu pomóc. — Spojrzałam mu w oczy, szukając wsparcia. — Myślałaś o tym, żeby… — zaczął ostrożnie. — Żeby oddać mu swoją nerkę? — dokończyłam za niego. — Tak, myślałam. Ale boję się. Boję się operacji, powikłań, tego, co będzie potem. I boję się, że nie będziesz mnie wspierał.

Tomek złapał mnie za rękę. — Marto, to twoje życie i twoje ciało. Ale jeśli czujesz, że musisz to zrobić, będę przy tobie. — Poczułam ulgę, ale i jeszcze większy ciężar odpowiedzialności. Przez całą noc nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, rozważając wszystkie za i przeciw. „A jeśli coś pójdzie nie tak? A jeśli nie będę mogła wrócić do pracy? A jeśli…” — myśli kłębiły się w mojej głowie.

Następnego dnia, kiedy weszłam na oddział, zobaczyłam Jasia. Był słabszy niż zwykle. Pani Ewa podeszła do mnie, jej oczy były czerwone od płaczu. — Pani Marto, czy jest jeszcze jakaś nadzieja? — zapytała cicho. Wtedy poczułam, że nie mogę się już wycofać. — Jest — odpowiedziałam, choć sama nie wierzyłam, że to mówię. — Chcę spróbować zostać dawcą.

Rozpoczęły się badania. Każdego dnia czekałam na wyniki, bojąc się, że coś pójdzie nie tak. Kiedy lekarz powiedział, że jesteśmy zgodni, poczułam ulgę, ale i strach. — Jesteś pewna, że tego chcesz? — zapytał doktor Nowak. — Tak, jestem pewna — odpowiedziałam, choć w środku trzęsłam się ze strachu.

Moja mama, kiedy się dowiedziała, była przerażona. — Marta, zwariowałaś? Masz własną rodzinę, a co jeśli coś ci się stanie? — krzyczała przez telefon. — Mamo, to dziecko nie ma nikogo innego. Gdyby to był mój syn, chciałabym, żeby ktoś mu pomógł — tłumaczyłam, ale ona nie chciała słuchać. — Nie rozumiem cię, Marta. Zawsze byłaś taka uparta.

W pracy nie wszyscy mnie wspierali. Koleżanka z dyżuru, Ania, powiedziała mi wprost: — Po co się poświęcasz? Przecież to nie twoje dziecko. — Bo nie mogę patrzeć, jak umiera — odpowiedziałam. — A jeśli coś ci się stanie? — dopytywała. — Wtedy będę wiedziała, że zrobiłam wszystko, co mogłam.

Dzień operacji był najdłuższym dniem mojego życia. Leżałam na szpitalnym łóżku, patrząc w sufit. Przyszedł Tomek, ściskał moją dłoń. — Wszystko będzie dobrze — szeptał, choć widziałam, że sam się boi. Przed operacją przyszła pani Ewa. Uklękła przy moim łóżku i płakała. — Nie wiem, jak ci się odwdzięczę. Ratujesz moje dziecko. — Nie musisz mi dziękować — powiedziałam. — Po prostu bądźcie szczęśliwi.

Obudziłam się po operacji z bólem, ale i z poczuciem ulgi. Pierwsze dni były trudne. Czułam się słaba, miałam gorączkę, ale wiedziałam, że Jaś żyje. Kiedy w końcu mogłam go zobaczyć, uśmiechnął się do mnie szeroko. — Dziękuję, pani Marto — powiedział cicho. — Teraz będę mógł wrócić do domu i do mojego psa.

Moje życie się zmieniło. Przez długi czas dochodziłam do siebie, ale czułam, że zrobiłam coś ważnego. Moja relacja z Tomkiem się umocniła, choć mama długo nie mogła mi wybaczyć tej decyzji. W pracy patrzono na mnie inaczej — jedni z podziwem, inni z niezrozumieniem.

Czasem, kiedy mijam szpitalny korytarz, widzę Jasia z mamą. Machają mi, a ja czuję, że to wszystko miało sens. Ale wciąż zadaję sobie pytanie: czy każdy z nas byłby gotów oddać cząstkę siebie, by uratować drugiego człowieka? Czy odwaga to tylko wielkie czyny, czy może codzienne decyzje, które zmieniają świat wokół nas?

Czy wy bylibyście gotowi na taki krok? Co byście zrobili na moim miejscu?