Moja teściowa oskarżyła mnie o zrujnowanie Święta Dziękczynienia – czy powinnam tam wracać?

– Naprawdę musimy tam iść, Grzegorz? – zapytałam, patrząc na niego z niepokojem, kiedy pakowaliśmy się do samochodu. W powietrzu wisiała niepewność, a ja czułam, jak żołądek ściska mi się z każdym krokiem bliżej domu Lilianny. To miało być nasze pierwsze Święto Dziękczynienia jako małżeństwo, a ja chciałam, żeby wszystko było idealnie. Ale z Lilianną nigdy nie było łatwo.

Grzegorz spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem, próbując dodać mi otuchy. – Kochanie, będzie dobrze. Mama po prostu lubi mieć wszystko pod kontrolą. Wiesz, jak jest. – Westchnął, a ja poczułam, że to westchnienie kryje w sobie lata rodzinnych napięć, o których nie chciał mówić.

Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam na starannie zapakowany prezent, który leżał na tylnym siedzeniu. Wybrałam go z myślą o Liliannie – piękny, ręcznie robiony zestaw porcelanowych filiżanek, które znalazłam na targu staroci. Wiedziałam, że lubi herbatę, a jej kolekcja porcelany była jej dumą. Chciałam jej pokazać, że ją szanuję, że chcę być częścią tej rodziny.

Gdy weszliśmy do domu Lilianny, od razu poczułam chłód. Nie fizyczny – w salonie było ciepło od kominka – ale emocjonalny. Lilianna przywitała nas uśmiechem, który nie sięgał oczu. – W końcu jesteście. Już myślałam, że się spóźnicie – rzuciła, zerkając na zegarek. – Grzegorz, pomóż mi w kuchni. – Mnie nawet nie spojrzała w oczy.

Zostałam sama w przedpokoju, ściskając prezent. Przez chwilę miałam ochotę zawrócić, ale usłyszałam śmiechy z jadalni – reszta rodziny już była. Wzięłam się w garść i weszłam do środka.

Przez pierwszą godzinę czułam się jak intruz. Rozmowy toczyły się wokół mnie, jakby mnie nie było. Lilianna co chwilę rzucała kąśliwe uwagi na temat tego, jak „niektóre młode kobiety” nie potrafią gotować, jak „kiedyś to były święta”, jak „rodzina to podstawa, a nie kariera”. Czułam, że każda z tych uwag jest skierowana do mnie, choć nie wymieniała mojego imienia.

W końcu nadszedł czas na prezenty. To była tradycja Lilianny – każdy przynosił coś drobnego, symbolicznego. Podałam jej starannie zapakowane pudełko. – To dla pani, Lilianno. Mam nadzieję, że się spodoba – powiedziałam, próbując się uśmiechnąć.

Lilianna rozpakowywała prezent powoli, teatralnie, jakby chciała, żeby wszyscy patrzyli. W końcu otworzyła pudełko i spojrzała na filiżanki. Przez chwilę milczała, a potem jej twarz wykrzywił grymas, którego nie potrafiłam zinterpretować.

– Skąd to masz? – zapytała lodowatym tonem.

– Kupiłam na targu staroci. Są ręcznie robione, bardzo wyjątkowe…

– Wyjątkowe? – przerwała mi. – Czy ty wiesz, co to za wzór? – Jej głos podniósł się, a wszyscy zamilkli. – To jest wzór, który miałam w moim pierwszym małżeństwie. Małżeństwie, które rozpadło się przez zdradę i upokorzenie. – Spojrzała na mnie z nienawiścią. – Czy to jakiś żart? Chciałaś mi przypomnieć o najgorszym okresie mojego życia?

Zamarłam. Nie miałam pojęcia. Spojrzałam na Grzegorza, który był równie zaskoczony jak ja. – Lilianno, ja naprawdę nie wiedziałam… Chciałam tylko…

– Chciałaś zrujnować mi święto! – krzyknęła. – Wszyscy tu przyszli, żeby świętować, a ty… ty przynosisz mi coś takiego! – Jej głos drżał ze złości. – Wiesz co? Może powinnaś się zastanowić, zanim następnym razem coś kupisz. Albo w ogóle nie przychodź.

W salonie zapadła cisza. Czułam, jak łzy napływają mi do oczu, ale nie chciałam płakać przy wszystkich. Wstałam i wybiegłam do łazienki. Zamknęłam się w środku, próbując się uspokoić. Słyszałam stłumione głosy za drzwiami – ktoś próbował uspokoić Liliannę, ktoś inny szeptał, że „to przecież nie jej wina”.

Po kilku minutach Grzegorz zapukał do drzwi. – Kochanie, wszystko w porządku?

– Nie wiem, Grzegorz. Chciałam dobrze. Naprawdę chciałam. – Głos mi się załamał.

– Wiem. Mama przesadziła. Porozmawiam z nią.

Wyszłam z łazienki, ale atmosfera była już nie do zniesienia. Lilianna siedziała sztywno przy stole, nie patrząc w moją stronę. Reszta rodziny udawała, że nic się nie stało, ale widziałam, jak patrzą na mnie z litością albo z zażenowaniem.

Reszta wieczoru minęła w milczeniu. Gdy wychodziliśmy, Lilianna rzuciła tylko: – Mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie lepiej.

Przez całą drogę do domu płakałam. Grzegorz próbował mnie pocieszyć, ale czułam się upokorzona i niezrozumiana. Przez kolejne tygodnie nie rozmawiałam z Lilianną. Unikałam rodzinnych spotkań, a Grzegorz był rozdarty między mną a matką.

Teraz, gdy zbliża się kolejne Święto Dziękczynienia, Grzegorz pyta, czy pojedziemy do jego mamy. – Może tym razem będzie inaczej – mówi. Ale ja nie wiem, czy potrafię znowu tam pójść. Czy powinnam wybaczyć Liliannie? Czy powinnam znowu narażać się na upokorzenie? Czy rodzina naprawdę jest ważniejsza niż moje własne poczucie godności?

Czasem zastanawiam się, czy to ja jestem zbyt wrażliwa, czy to ona jest zbyt surowa. Czy powinnam walczyć o tę relację, czy po prostu odpuścić? Może wy też mieliście podobne sytuacje? Co byście zrobili na moim miejscu?