W moje czterdzieste urodziny usłyszałam w słuchawce: „Nie mogę teraz gadać” — i wtedy dotarło do mnie, że dla nich jestem tłem
„Nie mogę teraz gadać, Ela. Oddzwonię.”
I się rozłączyła.
Stałam na klatce schodowej z siatką z Biedronki, bo wracałam właśnie z pracy i chciałam jeszcze szybciutko wpaść do mamy na herbatę. Czterdziestka, niby zwykły dzień, ale wiecie… człowiek ma jakieś takie głupie oczekiwanie, że ktoś chociaż napisze „wszystkiego”. A tu nawet mama.
Zadzwoniłam do niej drugi raz. Cisza. Trzeci raz — odrzuciła.
Weszłam do mieszkania, zdjęłam buty, spojrzałam na telefon. 19:12. Ani SMS-a od siostry, ani od mamy, ani od męża, który od rana w delegacji w Łodzi. Od córki? No córka ma 15 lat, siedzi w swoim pokoju i czasem nie zauważy, że świat istnieje, ale też… serio?
W kuchni odpaliłam czajnik, żeby chociaż zrobić sobie herbatę i jakoś przełknąć tę ciszę. I wtedy zobaczyłam, że mam powiadomienie z banku.
„Nowy przelew wychodzący: 3 500,00 zł.”
Zrobiło mi się gorąco. Pomyślałam: pewnie rachunki? Ale ja przecież wszystko mam poustawiane na stałe zlecenia po 10., a nie 26. A przelew był na jakieś obce konto, opis: „pożyczka”.
Weszłam w aplikację, ręce mi się trzęsły. To było z mojego konta wspólnego z mężem.
Zadzwoniłam do niego.
— Co to jest za przelew na trzy i pół tysiąca? — zapytałam od razu, bez „cześć”.
— Ela, nie teraz… mam spotkanie.
— Jakie nie teraz? To są moje pieniądze.
— Nasze — warknął. — Pogadamy wieczorem.
I koniec.
Przysięgam, że w tym momencie coś mi przeskoczyło. Bo nie dość, że czterdziestka i nikt, to jeszcze pieniądze znikają, ludzie mnie zbywają, a ja latam jak głupia, wszystkim pomagam, wszystko ogarniam.
Poszłam do pokoju córki.
— Zosia, pamiętasz jaki dziś dzień? — zapytałam.
Nie oderwała wzroku od telefonu.
— Wtorek?
— Dobrze. I coś jeszcze?
Popatrzyła na mnie jak na kosmitę.
— Mamo, o co ci chodzi?
— O to, że mam urodziny.
I dopiero wtedy zrobiła wielkie oczy.
— O Jezu… naprawdę? Przepraszam, ja… ja myślałam, że to jutro, serio… — zaczęła się tłumaczyć, już w panice. — Tata nic nie mówił.
No tak. Tata.
Zosia wyszła po chwili, żeby „coś narysować”, a ja usiadłam i zaczęłam przewijać w głowie ostatnie tygodnie. Mama coraz gorzej, cukrzyca, problemy z nogami, co chwila jeżdżę z nią do przychodni na NFZ, stoję w kolejkach do rejestracji, wykupuję leki, czasem dopłacam, bo „nie starcza”. Siostra, Anka, mieszka w Poznaniu i zawsze ma wymówkę: praca, dzieci, korki. Mąż — wiecznie „w trasie”, „w robocie”, „na spotkaniu”. A jak ja mam gorszy dzień, to słyszę: „Nie przesadzaj, Ela”.
W końcu zadzwoniła Anka.
— No hej — rzuciła tak, jakbyśmy wczoraj gadały.
— Hej. Pamiętasz, który dziś jest? — zapytałam.
Cisza. Taka brzydka.
— Ela… ja mam teraz…
— Nie pamiętasz. — weszłam jej w słowo. — Nikt nie pamięta.
— Pamiętam, tylko… — i tu spuściła ton — mama miała dziś wizytę u notariusza.
Ja: co.
— Jaką wizytę? — zapytałam.
— No… taką… sprawy papierów.
— Jakich papierów?
Anka zaczęła sapać do telefonu.
— Dobra, nie rób scen, błagam. Mama się denerwuje ostatnio. A ty zaraz wybuchasz.
— To mi powiedz, o co chodzi.
— O mieszkanie, Ela. — powiedziała w końcu. — Mama chce to uporządkować. Żeby potem nie było.
Mieszkanie mamy to dwupokojowe na Piątkowie, niby nic wielkiego, ale wiadomo, dziś to jest majątek. Ja mieszkam z mężem i Zosią w wynajmowanym w Warszawie, bo tu praca, szkoła. I tak, czasem marzę, żeby mieć coś swojego, ale ja też… no nie myślałam o tym w kategoriach polowania.
— I co, byłaś z nią u notariusza? — zapytałam.
— Tak. — Anka odpowiedziała szybko. — Bo ty zawsze nie masz czasu.
Zatkało mnie.
— Ja nie mam czasu?! Ja do niej jeżdżę co tydzień, ja jej kupuję leki, ja ją wożę po lekarzach! — głos mi się złamał i aż mnie to wkurzyło.
— Bo sama tak chcesz! — odbiła piłeczkę Anka. — Zawsze musisz być tą męczennicą.
I wtedy wypluła:
— Mama przepisała mieszkanie na mnie. W zamian ja mam się nią zająć, jak będzie gorzej.
Przez chwilę nie rozumiałam sensu tych słów.
— Ale… jak to na ciebie? A ja? — wyszło mi głupio.
— Ela, nie dramatyzuj. Ty masz swoje życie. A ja będę miała obowiązek. — powiedziała tak, jakby robiła mi przysługę.
— A czemu mi nikt nic nie powiedział? Czemu w moje urodziny? — zapytałam.
— Bo byś zrobiła awanturę. — odpowiedziała prosto.
No to wyszło, że to nie „zapomnieli”. Oni po prostu nie chcieli się odzywać, żeby nie wyszło.
Po tej rozmowie ubrałam się i pojechałam do mamy. Serio, wsiadłam w auto, mimo że byłam roztrzęsiona. Po drodze miałam ochotę zawrócić, ale już nie mogłam.
Mama otworzyła drzwi i od razu powiedziała:
— A ty czego taka blada? Coś się stało?
— Dziś mam urodziny, mamo. — powiedziałam i patrzyłam jej w twarz.
Zamarła. I wiecie co? Ona naprawdę wyglądała, jakby ją ktoś przyłapał.
— Ojej… Elunia… ja… ja zapomniałam… — zaczęła i wyciągnęła ręce.
— Nie zapomniałaś. Byłaś u notariusza. — powiedziałam.
Od razu się spiąła.
— A co ty… kto ci naopowiadał? — oburzyła się.
— Anka. Mieszkanie przepisałaś na nią.
Mama westchnęła ciężko i weszła do kuchni, jakby nie miała siły stać.
— Ela, ty nie rozumiesz. — zaczęła. — Anka ma dzieci, kredyt…
— Ja też mam dziecko i wynajmuję! — przerwałam.
— Ty masz męża. — powiedziała ostro.
No i tu mnie ugodziła, bo tak, mam męża. Tylko że ten mąż właśnie zrobił dziwny przelew i nawet nie ma czasu ze mną gadać.
— A ty myślisz, że on jest jakiś pewnik? — wyrwało mi się.
Mama spojrzała na mnie dziwnie.
— Ela… nie zaczynaj.
— Mamo, czemu mi to zrobiłaś po cichu?
I wtedy ona powiedziała coś, czego się nie spodziewałam:
— Bo ja się boję, że jak dam po równo, to wy się pozabijacie. A Anka przynajmniej obiecała mi opiekę. Ty… ty zawsze jesteś, ale ty jesteś w tej Warszawie, ty masz swoje problemy.
— Ja jestem, bo trzeba! — krzyknęłam. — A ona obiecała, bo jej się opłaca!
Mama walnęła dłonią w stół.
— A tobie to się nie opłaca?! — powiedziała. — Ty też byś chciała.
I to było najgorsze, bo… no chciałabym mieć poczucie bezpieczeństwa. Chciałabym przestać się bać, że jak mnie wyrzucą z wynajmu, to będę z Zosią latać po kątach. Chciałabym.
Wyszłam na klatkę, bo nie mogłam oddychać.
I wtedy zadzwonił mąż.
— Ela, mogę mówić. — powiedział jakby nigdy nic.
— To mów. Czemu poszedł przelew?
— Pożyczyłem bratu. — rzucił.
— Bez pytania mnie?
— Bo byś nie dała.
— Aha. Czyli wszyscy dziś ustalili, że mnie się nie pyta.
— Nie dramatyzuj. On ma komornika na karku, to była szybka akcja.
— A ja mam co? Święty spokój? — syknęłam.
— Ela, musisz zrozumieć… — zaczął.
— Ja mam rozumieć? A kto ma rozumieć mnie? — podniosłam głos, ludzie z dołu chyba słyszeli.
I w tej chwili wyszła mama na korytarz i usłyszała kawałek.
— Z kim ty tak wrzeszczysz? — zapytała.
— Z mężem. Pożyczył pieniądze bez pytania. — powiedziałam.
Mama spojrzała na mnie i… nie wiem, czy to była litość, czy coś gorszego.
— No widzisz. — powiedziała cicho. — I ty byś chciała jeszcze mieszkanie na pół… A ja mam zostać sama między wami wszystkimi?
To mnie zatrzymało. Bo nagle zobaczyłam, że ona też jest w potrzasku. Z jednej strony ja, co zawsze „ogarnia”, ale też wybucha i ma pretensje. Z drugiej Anka, co rzadko bywa, ale potrafi załatwić notariusza i obiecać opiekę. A obok mój mąż, co robi rzeczy za moimi plecami. I moja czterdziestka, która okazała się jakimś dniem spisków i cichych decyzji.
Wróciłam do domu późno. Zosia zostawiła mi na stole krzywo narysowany tort i napisała „Kocham cię mamo, przepraszam”. I to mnie prawie rozwaliło bardziej niż wszystko.
Nie wiem, co teraz. Anka mówi, że „nie ma tematu”, mama udaje, że to dla jej dobra, mąż obrażony, że robię awanturę, a ja czuję się jak jakaś… niepotrzebna. A jednocześnie myślę: może przesadzam? Może naprawdę każdy miał swój powód?
Tylko dlaczego nikt nie potrafił mi tego powiedzieć normalnie, w twarz, zamiast milczeć akurat w moje urodziny.
Ja już sama nie wiem, czy powinnam iść do mamy i próbować to odkręcać, czy odpuścić i zająć się swoim życiem, bo i tak wszyscy będą robić swoje. Co byście zrobili na moim miejscu — walczyli o „sprawiedliwość” w rodzinie, czy odpuścili, żeby nie spalić wszystkiego do końca?