Pękłam między synem, mamą po udarze i teściową — a mój mąż wciąż powtarzał, że „rodzina musi dać radę”
– Ty byś najchętniej wszystkich porozwoziła po obcych ludziach, byle mieć święty spokój! – Krzysiek walnął dłonią w stół tak mocno, że kubek z herbatą aż podskoczył.
A ja wtedy stałam przy zlewie w poplamionej koszulce, po nieprzespanej nocy, z młodym uczepionym nogi i pieluchą jego mamy do wyniesienia w przedpokoju. I po prostu zaczęłam się śmiać. Takim śmiechem, co już bardziej przypomina płacz niż cokolwiek normalnego.
– Święty spokój? Krzysiek, ja od trzech miesięcy nie byłam sama w łazience dłużej niż cztery minuty.
Mamy z Krzyśkiem czteroletniego syna, Antosia. Żyjemy w trzypokojowym mieszkaniu w bloku pod Warszawą, na kredycie, jak pół Polski. Jeszcze rok temu jakoś to się kręciło. Ja pracowałam zdalnie na pół etatu dla małej księgowości, on na etacie w hurtowni. Było ciasno, ale normalnie.
Potem moja mama dostała udaru.
Prawa strona ciała słabsza, mowa niewyraźna, do tego strach, płacz i to okropne: „I po co ja żyję?”. Szpital, potem rehabilitacja na NFZ, terminy wiadomo jakie, więc część prywatnie. Zaczęłam do niej jeździć codziennie, bo mieszkała sama dwa osiedla dalej. Gotowałam jej, myłam ją, ogarniałam leki, przychodnię, recepty, ZUS, papiery. Mój brat? Jest, owszem. Mieszka w Gdańsku i „nie może rzucić roboty”. Przelewał czasem pięćset złotych i uważał, że temat załatwiony.
Jakby tego było mało, w styczniu matka Krzyśka, Danuta, usłyszała diagnozę. Nowotwór, już zaawansowany. Na początku jeszcze była samodzielna, ale szybko zaczęła gasnąć. Wymioty po chemii, ból, problemy z chodzeniem. Teść nie żyje od lat, więc naturalnie padło na nas.
A właściwie na mnie.
Krzysiek do dziś mówi, że „przecież pomagał”. Czasem zawiózł mamę na badania. Kupił leki. W sobotę zrobił rosół. Tylko że cała ta niewidzialna reszta była moja. Wstawanie w nocy do Antosia, bo znowu kaszel. Potem telefon od mojej mamy o szóstej rano, że nie może wstać z łóżka. Potem Danuta, że zrobiła pod siebie i przeprasza. Potem pranie, obiad, zakupy, apteka, onkologia, przychodnia, mycie podłogi, bo komuś się rozlała herbata, komuś innemu mocz.
I jeszcze to ciągłe udawanie przed ludźmi, że dajemy radę.
Na komunii u siostrzenicy siedziałam z uśmiechem przy stole, a pod blatem odpisywałam pielęgniarce środowiskowej. Ciotki zagadywały: „Ty taka blada, wszystko dobrze?”. A ja oczywiście: „Tak, tak, tylko niewyspana”. Bo przecież nie będę robić scen.
Najgorsze były wieczory.
Antoś marudził, bo chciał się bawić, a ja nie miałam siły nawet czytać mu bajki normalnym głosem. Danuta jęczała z bólu za ścianą, bo w końcu wzięliśmy ją do nas, gdy już nie dawała rady sama mieszkać. Moja mama dzwoniła i obrażała się, że u niej jestem krócej niż u teściowej.
– Czyli twoja matka ważniejsza – syczała.
– Mamo, nie zaczynaj, proszę.
– Ja też cię rodziłam.
Tego nie da się słuchać bez pękania gdzieś w środku.
Wiem też, że sama nie byłam fair. Za długo zaciskałam zęby. Zamiast od razu powiedzieć Krzyśkowi, że tonę, chodziłam nabuzowana, trzaskałam szafkami, byłam opryskliwa. Jak pytał, co się stało, odpowiadałam: „Nic”. Klasyka. A potem wybuchałam o byle kubek zostawiony w salonie.
Prawdziwa awantura poszła, kiedy zasnęłam na siedząco przy łóżku Danuty. Obudził mnie Antoś, ciągnąc mnie za rękaw i mówiąc, że chce siku. Była piąta rano. Plecy miałam tak zdrętwiałe, że się popłakałam. Normalnie, jak dziecko.
Tego samego dnia powiedziałam Krzyśkowi, że musimy załatwić prywatną opiekunkę choć na kilka godzin dziennie albo szukać ośrodka dla jego mamy z opieką paliatywną.
Zamarł.
– Do ośrodka? Moją matkę? Chcesz ją oddać jak niepotrzebny mebel?
– Nie. Chcę, żeby ktoś jej podał leki na czas, umył ją bez pośpiechu i wiedział, co robi. Ja już nie daję rady.
– Rodzina powinna sama się opiekować swoimi bliskimi.
Wtedy coś we mnie strzeliło.
– To się opiekuj. Naprawdę. Weź tydzień urlopu i się opiekuj. Zmieniaj pampersy, myj wymiociny, dzwoń po nocach do lekarza, gotuj dla dziecka, ogarniaj moją matkę i jeszcze idź do pracy. Pokaż mi, jak to się robi z godnością i bez „obcych ludzi”.
Nic nie odpowiedział. Tylko patrzył, jakbym go spoliczkowała.
Przez dwa dni prawie się do siebie nie odzywaliśmy. Danuta słyszała wszystko. Trzeciego dnia poprosiła mnie, żebym usiadła.
Była chuda, drobna, ręce jej drżały.
– Nie chcę być waszą karą – powiedziała cicho. – Ja widzę, co się dzieje. Krzysiek jest uparty po ojcu. Ale ty też za długo chciałaś być bohaterką.
Zatkało mnie, bo miała rację.
Wieczorem sama powiedziała synowi, że chce hospicjum stacjonarne, jeśli będzie miejsce. Że ma dość patrzenia, jak nasze małżeństwo się sypie przy jej łóżku.
Krzysiek najpierw wyszedł z kuchni. Potem wrócił czerwony na twarzy.
– Mamo, ludzie powiedzą, że cię oddaliśmy.
Danuta spojrzała na niego tak, że aż mi ciarki przeszły.
– A niech mówią. Ludzie nie zmieniali mi pieluch.
Pierwszy raz zobaczyłam, jak mój mąż siada i płacze. Tak po cichu, ze spuszczoną głową. Chyba wtedy do niego dotarło, że to nie był spór o zasady, tylko o to, czy ja jeszcze jakoś wytrzymam.
Teraz czekamy na miejsce. Na razie mamy prywatną opiekunkę na cztery godziny dziennie, chociaż budżet nam się rozjechał kompletnie. Wzięliśmy to z oszczędności na remont łazienki i już wiem, że za chwilę pewnie dobije nas karta kredytowa. Moja mama obrażona, bo też chce „tyle uwagi co tamta”. Krzysiek niby bardziej pomaga, ale między nami zostało coś trudnego. Taki żal, że musiałam się rozsypać na jego oczach, żeby uwierzył.
Najbardziej boli mnie to, że ja już nawet nie wiem, czy jestem zła bardziej na niego, czy na siebie, że tak długo grałam twardą.
Powiedzcie, serio, czy proszenie o ośrodek albo płatną opiekę to już egoizm? Czy po prostu jest taki moment, kiedy sama rodzina, choćby chciała, nie udźwignie wszystkiego?