„To twoja babcia, nie moja” — powiedziałam mężowi po kolejnej nocy bez snu. Wtedy usłyszałam coś, czego już nie potrafię zapomnieć

— To twoja babcia, nie moja! — krzyknęłam tak głośno, że Jaś obudził się w swoim pokoju i zaczął płakać.

Marek stał przy blacie w kuchni, jeszcze w kurtce, z kluczami w dłoni. Spojrzał na mnie, jakbym powiedziała coś potwornego.

— Naprawdę teraz będziesz robić awanturę? Babcia leży obok, dziecko płacze, a ty…

— A ja co? — przerwałam mu. Czułam, że trzęsą mi się ręce. — Ja od szóstej rano zmieniłam jej pampersa, umyłam ją, podałam leki, zrobiłam śniadanie, ugotowałam obiad, odebrałam Jasia z przedszkola, sprzątnęłam po tym, jak twoja babcia zwymiotowała na dywan. I nawet nie zdążyłam wypić herbaty. Więc powiedz mi, Marek, co ja?

Nie odpowiedział. Zdjął buty, odwrócił wzrok i powiedział tylko:

— Przecież wiedziałaś, że jest chora.

Wtedy coś we mnie naprawdę pękło.

Babcia Helena wprowadziła się do nas osiem miesięcy wcześniej. Miało być „na chwilę”. Tak mówił Marek. Jego mama, Teresa, mieszka prawie trzysta kilometrów od nas, w małym mieście pod Lublinem. Gdy babcia po udarze przestała radzić sobie sama, Marek oznajmił przy niedzielnym obiedzie, że przecież mamy dwa pokoje i „jakoś damy radę”.

Pamiętam, jak odłożyłam widelec.

— A kto będzie się nią zajmował w dzień? — zapytałam spokojnie.

— No ty jesteś teraz z Jasiem w domu — odpowiedział, jakby to załatwiało wszystko.

Jaś miał wtedy dwa lata. Był wulkanem energii, źle spał, ząbkował i przechodził etap, w którym nie odstępował mnie na krok. A ja pracowałam z domu na pół etatu, rozliczając faktury dla małej firmy znajomej. To nie było wielkie stanowisko ani pieniądze, ale moje. Coś, co pozwalało mi nie prosić Marka o każdą złotówkę.

— To nie znaczy, że jestem pielęgniarką — powiedziałam wtedy.

Marek westchnął.

— Anka, to moja babcia. Nie zostawimy jej samej. Mama nie może jej zabrać, bo ma schody, a poza tym sama ma problemy z kręgosłupem.

Wiedziałam, że nie zostawimy. Nie jestem bez serca. Babcia Helena zawsze była dla mnie dobra. Na naszym ślubie ściskała mnie za dłonie i powtarzała, że Marek trafił na porządną kobietę. Tylko że nikt nie zapytał, czy ta „porządna kobieta” jeszcze ma siłę.

Na początku próbowałam wszystko ułożyć. Rozpisałam leki, kupiłam podkłady, nauczyłam się, jak ją bezpiecznie podnosić. Dzwoniłam do przychodni, załatwiałam recepty, czekałam na wizyty domowe. Kiedy babcia w nocy wołała, bo nie wiedziała, gdzie jest, wstawałam ja. Marek rano musiał przecież iść do pracy.

Tylko że on wracał po pracy i też jakby nadal był „po pracy”. Siadał na kanapie, przewijał telefon, czasem pobawił się z Jasiem piętnaście minut. Gdy prosiłam, żeby pomógł babci przy toalecie albo podał jej kolację, robił minę człowieka, któremu właśnie zepsuto wieczór.

— Zaraz, Anka. Daj mi chwilę odetchnąć.

A ja kiedy miałam odetchnąć?

Któregoś dnia Jaś dostał gorączki. Leżał mi na rękach rozpalony, marudny, zapłakany. W tym samym czasie babcia Helena zawołała z pokoju, że musi natychmiast do toalety. Pobiegłam z Jasiem przytulonym do ramienia, prawie się przewróciłam o zabawkowy samochodzik.

Nie zdążyłam.

Babcia popłakała się ze wstydu. Ja też, tylko po cichu, gdy przebierałam pościel. Marek wrócił późno, bo był z kolegami „na jednym piwie po pracy”. Gdy powiedziałam, co się stało, wzruszył ramionami.

— No trudno, zdarza się. Nie rób z tego dramatu.

W nocy siedziałam w łazience na zamkniętej desce od toalety i patrzyłam na swoje dłonie. Suche, popękane od mycia i środków do dezynfekcji. Miałam trzydzieści dwa lata i czułam się jakbym miała sto.

Najgorsze były telefony od Teresy.

— Aniu, ja ci tak dziękuję, naprawdę jesteś aniołem — mówiła ciepłym głosem. — Mama mówi, że jesteś dla niej bardzo cierpliwa.

Za pierwszym razem zrobiło mi się miło. Za dziesiątym miałam ochotę rzucić telefonem o ścianę.

— Pani Tereso, ja potrzebuję czasem pomocy. Chociaż na weekend. Mogłaby pani przyjechać?

Zapadła cisza.

— Oj, Aniu, wiesz, jak to jest. Bilety drogie, kręgosłup mnie łupie, a Zbyszek sam w domu też sobie nie poradzi. Ale będę dzwonić. Trzymaj się, kochana.

„Trzymaj się”. To były chyba najbardziej puste słowa, jakie słyszałam.

Przestałam wychodzić z domu. Przestałam odbierać wiadomości od koleżanek, bo nie miałam już siły udawać, że wszystko w porządku. Moja praca zaczęła się sypać. Raz pomyliłam faktury, bo w tym samym czasie babcia wołała mnie z pokoju, a Jaś rozlał sok na laptop. Szefowa była wyrozumiała, ale po miesiącu powiedziała, że musi przekazać obowiązki komuś innemu.

Straciłam nawet tę małą część siebie.

Pewnego wieczoru Marek zapytał, czemu jestem taka „naburmuszona”. Stałam wtedy przy zlewie, myjąc kubek po kaszce Jasia. Babcia spała, przynajmniej przez chwilę.

— Bo nie mam już życia — odpowiedziałam.

— Przesadzasz.

Odwróciłam się. Woda kapała mi z dłoni na podłogę.

— Ty wychodzisz do pracy, spotykasz ludzi, masz przerwę na kawę, obiad, nawet piwo z kolegami. A ja jestem tu zamknięta. Opiekuję się twoim dzieckiem, twoją babcią, gotuję, sprzątam i jeszcze słyszę, że przesadzam.

— „Moim dzieckiem”? Jaś jest też twój.

— Właśnie. A babcia?

Marek milczał długo. Potem powiedział cicho:

— Nie możesz oczekiwać, że będę ją mył. To kobieta, jest mi niezręcznie.

Poczułam lodowaty spokój. Nie złość. Coś gorszego.

— A mnie nie jest niezręcznie? Myślisz, że ja się do tego urodziłam?

Dwa dni później zadzwoniłam do ośrodka pomocy społecznej. Dowiedziałam się o usługach opiekuńczych, pielęgniarce środowiskowej, możliwości złożenia wniosku. Kiedy powiedziałam Markowi, że musimy to załatwić i podzielić koszty, wybuchł.

— Czyli chcesz oddać babcię obcym ludziom?

— Nie. Chcę przestać tonąć.

Tej nocy spakowałam małą torbę dla siebie i Jasia. Nie wyszłam. Jeszcze nie. Siedziałam na brzegu łóżka, słuchałam chrapania Marka i patrzyłam na śpiącego synka.

Zrozumiałam, że nie boję się już samotności. Bo ja od dawna jestem w tym wszystkim sama.

Następnego ranka powiedziałam Markowi, że jeśli w ciągu tygodnia nie ustalimy prawdziwej opieki nad babcią, nie pójdzie na urlop opiekuńczy choćby na kilka dni i nie zacznie traktować mnie jak partnerki, wyprowadzę się do siostry. Nie prosiłam. Postawiłam warunek.

Spojrzał na mnie tak, jakby pierwszy raz zobaczył, że mogę naprawdę odejść.

Tylko czy człowiek zmienia się dlatego, że nagle zrozumiał krzywdę drugiej osoby, czy dopiero wtedy, kiedy boi się, że straci własną wygodę?

Czy ja mam jeszcze walczyć o to małżeństwo, czy wreszcie zawalczyć o siebie?