Wprowadziłam się do teściowej po pogrzebie, a po trzech miesiącach nie poznawałam już siebie

– Naprawdę musisz jej mówić, jak mam kroić pomidory przy dzieciach? – rzuciłam do Andrzeja szeptem tak wściekłym, że aż mnie gardło bolało.

On nawet nie podniósł wzroku znad telefonu.

– Daj spokój, Marta, mama jest po wszystkim przewrażliwiona.

Po wszystkim. Tak u nas mówiło się o śmierci teścia, jakby samo słowo „umarł” miało rozwalić resztki tego domu. Minęły dwa tygodnie od pogrzebu, kiedy Andrzej stwierdził, że nie zostawi matki samej w dużym domu pod Łodzią. Ja też wtedy uważałam, że to oczywiste. Mieliśmy dwójkę dzieci, wynajmowane mieszkanie, raty za samochód i wieczne liczenie, czy starczy do pierwszego. Myślałam: kilka miesięcy, pomożemy jej, ogarnie się, a my odetchniemy trochę finansowo.

Tylko że człowiek sobie myśli, a życie robi swoje.

Na początku naprawdę się starałam. Gotowałam obiady, woziłam dzieci do szkoły i przedszkola, sprzątałam parter, bo teściowa, Krystyna, praktycznie nie wychodziła z sypialni. Siedziała w szlafroku, patrzyła w telewizor bez dźwięku i nagle zaczynała płakać, bo gdzieś zobaczyła reklamę wędlin, które kupował jej mąż.

Było mi jej szkoda. Serio.

Ale potem ten żal zaczął się mieszać z czymś dużo gorszym.

– U nas to się zupę soliło pod koniec, nie na początku – mówiła, stojąc mi nad garnkiem.

– Antek nie powinien tyle siedzieć z tabletem.

– Zosia jest za cienko ubrana.

– Czemu pranie wstawiasz teraz, przecież jest droższy prąd.

Niby nic. Niby pojedyncze zdania. Ale dzień w dzień, od rana do wieczora, jak kropla drążąca skałę. Czułam się, jakbym znowu miała piętnaście lat i ktoś sprawdzał, czy dobrze ścieram kurz.

Najgorsze były poranki. Schodziłam do kuchni, a ona już tam była. Umyta, ubrana, z tą swoją zaciśniętą miną.

– Chleb kroi się cieniej, wtedy dłużej starcza.

– Dzieci nie powinny jeść płatków z mlekiem, bo potem są głodne.

– Andrzej lubi jajecznicę bardziej ściętą, no ale ty pewnie robisz po swojemu.

Po swojemu. To „po swojemu” zaczęło mnie doprowadzać do szału.

Andrzej? Andrzej był wszędzie i nigdzie. Rano jechał do pracy, wracał zmęczony, siadał między nami jak rozjemca bez chęci do wojny.

– Obie przesadzacie – mówił.

Albo:

– Marta, mama nie ma nic złego na myśli.

Albo do niej:

– Mamo, daj już spokój.

Tylko że to „daj spokój” rzucone od niechcenia nic nie załatwiało. Ja słyszałam: radź sobie sama.

Prawdziwa awantura wybuchła przez kotlety. Aż wstyd pisać, ale tak było. W sobotę robiłam obiad, dzieci latały po salonie, Zosia marudziła, że boli ją brzuch, Antek wylał sok na stół, a Krystyna weszła do kuchni i bez słowa zaczęła poprawiać panierkę po mnie.

Zabrała mi talerz z ręki. Po prostu.

– Bo ty to wszystko robisz za szybko i byle jak – powiedziała.

I coś we mnie pękło.

– To może pani sama wszystko robi! – krzyknęłam. – Najlepiej gotować, sprzątać, wychowywać moje dzieci i jeszcze spać z pani synem, skoro wie pani lepiej ode mnie wszystko!

Zapadła taka cisza, że dzieci stanęły jak wryte.

Krystyna pobladła. Andrzej wpadł z przedpokoju i patrzył na mnie, jakbym kogoś uderzyła.

– Przesadziłaś – powiedział tylko.

I właśnie to bolało najbardziej. Nie to, że się kłócimy. Tylko że on znowu stanął obok, nie przy mnie.

Wieczorem spakowałam dzieciom ubrania do dwóch toreb i chciałam jechać do mojej siostry do Pabianic. Andrzej zagrodził mi drzwi.

– Nie wygłupiaj się.

– Wygłupiam? Ja tu nie mam nawet gdzie usiąść i pomilczeć, bo wszędzie jest twoja matka i jej opinie.

– To jest też jej dom.

– A ja jestem twoją żoną.

Nie odpowiedział. Odsunął się tylko i poszedł na górę. Do niej czy do siebie, już nawet nie chciałam wiedzieć.

Następnego dnia Krystyna sama zapukała do pokoju. Pierwszy raz od miesięcy wyglądała nie jak teściowa, tylko jak starsza, zmęczona kobieta.

– Możemy porozmawiać? Bez Andrzeja.

Usiadłyśmy przy stole. Bez kawy, bez ciasta, bez udawania.

– Ja wiem, że cię męczę – powiedziała, patrząc w blat. – Ale odkąd Wiesiek umarł, ja nie umiem usiedzieć spokojnie. Jak jest cisza, to mi się wydaje, że zaraz oszaleję. To się czepiam. Garnków, dzieci, okien. Głupot.

Nie odzywałam się, bo czułam gulę w gardle.

– I jeszcze jedno – dodała. – Bałam się, że jak wy tu zamieszkacie, to ja już w tym domu będę tylko dodatkiem. Że wszystko będzie po waszemu, a ja… no, zbędna.

Wtedy pierwszy raz zobaczyłam, że ona mnie nie tylko oceniała. Ona się też zwyczajnie bała.

Ale ja też miałam swoje.

– Pani Krystyno, ja chodziłam po tym domu jak intruz. Bałam się otworzyć lodówkę, żeby zaraz nie usłyszeć, że źle układam nabiał. Ja już byłam tak spięta, że dzieciom obrywało za byle co. Andrzej udawał, że nie widzi, a ja miałam dość bycia tą złą.

Krystyna otarła oczy końcem rękawa.

– To ustalmy coś, bo się pozabijamy.

I ustaliłyśmy. Kuchnia rano do dziewiątej była jej, potem moja. Dzieci wychowuję ja i Andrzej, chyba że same poprosimy o pomoc. Niedziela bez wspólnych obiadów co tydzień, bo każdy potrzebował oddechu. I żadnych komentarzy przy dzieciach.

Nie było idealnie. Jasne, że nie. Czasem znowu syknęła o bałaganie, ja trzaskałam szafką, Andrzej nadal za długo milczał. Ale napięcie zeszło o połowę, może więcej.

Po czterech miesiącach wynajęliśmy małe mieszkanie w bloku, dwa przystanki dalej. Stare budownictwo, ciasna kuchnia, czynsz wysoki jak cholera, ale jak zamknęłam za sobą drzwi, to pierwszy raz od dawna poczułam, że mogę normalnie oddychać.

Do Krystyny dalej jeździmy. Dzieci ją kochają. Ja też już umiem z nią usiąść przy herbacie bez tego ścisku w żołądku. A Andrzej… dopiero po wszystkim przyznał, że tchórzył, bo bał się stracić matkę po śmierci ojca, a mnie brał za silniejszą. Nawet nie wiecie, jak bardzo można znienawidzić to, że ktoś widzi w tobie „tę silniejszą”.

Czasem myślę, czy gdybym wcześniej nie dusiła wszystkiego w sobie, to nie oszczędziłabym nam tylu scen. A może i tak musieliśmy przez to przejść, żeby każdy w końcu powiedział prawdę.

Jak wy byście to ocenili? Teściowa przekroczyła granice, czy ja za długo udawałam, że dam radę i sama doprowadziłam do wybuchu?