Cud w Wigilię: Jak straciłam i odzyskałam syna w jedną noc
— On nie oddycha! — krzyknęła położna, a jej głos przeszył ciszę szpitalnej sali jak nóż. Leżałam na stole porodowym, wycieńczona po kilkunastu godzinach bólu, z oczami utkwionymi w sufit, próbując zrozumieć, co właśnie się dzieje. Wszystko działo się jakby poza mną: światło jarzeniówek, szybkie kroki lekarzy, szelest foliowych rękawiczek. W mojej głowie rozbrzmiewał tylko jeden dźwięk — przerażająca cisza, która powinna być wypełniona pierwszym krzykiem mojego synka.
— Pani Marto, proszę oddychać głęboko! — pielęgniarka próbowała mnie uspokoić, ale ja już byłam gdzie indziej. Widziałam twarz mojego męża, Piotra, który stał pod ścianą z szeroko otwartymi oczami. Widziałam łzy w oczach mojej mamy, która nie zdążyła nawet dojechać do szpitala.
Wigilia. Dzień, który miał być najpiękniejszym w naszym życiu. Zamiast tego czułam, jak coś we mnie umiera.
— Nie ma tętna! — powtórzył lekarz. Ktoś zaczął uciskać maleńką klatkę piersiową mojego synka. Ktoś inny podawał tlen. Czas przestał istnieć. W myślach błagałam Boga o cud, chociaż od lat nie byłam w kościele.
Wtedy usłyszałam głos Piotra:
— Marta, on musi żyć! On musi!
Nie wiem, ile to trwało. Minuty? Wieczność? W końcu rozległ się cichy, chrapliwy płacz. Najpiękniejszy dźwięk mojego życia. Lekarz spojrzał na mnie i skinął głową:
— Udało się. Syn żyje.
Zalała mnie fala łez — ulgi, radości i strachu. Bo przecież nikt nie wiedział, czy ten cud nie okaże się tylko chwilowy.
Przez kolejne dni leżałam na oddziale neonatologicznym, patrząc na mojego synka przez szybę inkubatora. Michał był taki malutki, taki bezbronny. Każdy dźwięk aparatury wbijał mi się w serce jak szpilka. Piotr przychodził codziennie i próbował być silny, ale widziałam, jak drżą mu ręce.
— Co jeśli coś mu będzie? — pytał szeptem.
— Musimy wierzyć — odpowiadałam, choć sama nie byłam tego pewna.
W domu czekała na nas choinka i puste miejsce przy stole. Moja mama dzwoniła codziennie:
— Marta, musisz jeść! Musisz być silna dla Michała!
Ale ja nie mogłam przełknąć ani kęsa. W głowie miałam tylko jedno pytanie: dlaczego to spotkało właśnie nas?
W szpitalu poznałam inne matki — Anię i Justynę. Każda z nas miała swoją historię strachu i nadziei. Rozmawiałyśmy nocami szeptem, dzieląc się opowieściami o utraconych i odzyskanych dzieciach.
— Mój synek też nie oddychał po porodzie — powiedziała Ania. — Ale teraz ma trzy lata i biega po domu jak szalony.
To dawało mi siłę.
Najgorsze były rozmowy z teściową. Pani Halina od początku nie była zachwycona moim związkiem z Piotrem.
— Mówiłam wam, żebyście nie spieszyli się z dzieckiem! — wypaliła przez telefon pierwszego dnia po porodzie.
— Mamo, proszę cię…
— To wszystko przez ten stres! Praca, kredyt…
Czułam się winna za wszystko: za to, że pracowałam do ostatnich dni ciąży, za to, że nie słuchałam rad starszych.
Piotr próbował mnie bronić:
— Mamo, przestań! To nie jej wina!
Ale słowa te odbijały się od niej jak groch od ściany.
W końcu nadszedł dzień wypisu ze szpitala. Michał był słaby, ale lekarze powiedzieli, że jego serce bije mocno i regularnie. Wróciliśmy do domu w śnieżny poranek, a sąsiedzi patrzyli na nas z ciekawością i współczuciem.
Pierwsza Wigilia z Michałem była inna niż wszystkie. Siedzieliśmy przy stole w ciszy, trzymając się za ręce. Mama płakała ze wzruszenia, Piotr całował mnie w czoło.
— To cud — powiedziała cicho mama. — Prawdziwy cud.
Ale życie po cudzie nie jest łatwe. Każdy kaszel Michała wywoływał we mnie panikę. Każda noc była walką ze strachem o jutro. Piotr wrócił do pracy i coraz częściej milczał przy kolacji.
Pewnego wieczoru wybuchłam:
— Czemu nic nie mówisz? Czemu udajesz, że wszystko jest dobrze?
Piotr spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem:
— Boję się tak samo jak ty. Ale musimy żyć dalej.
Zrozumiałam wtedy, że cud to dopiero początek drogi. Że trzeba nauczyć się żyć ze strachem i wdzięcznością jednocześnie.
Dziś Michał ma pół roku i śmieje się najgłośniej na świecie. Każdy jego uśmiech przypomina mi tamtą noc — noc, kiedy straciłam i odzyskałam syna.
Czasem patrzę na niego i pytam siebie: dlaczego my? Czy potrafię być wystarczająco silna dla niego? Może każdy z nas nosi w sobie swój własny cud — tylko czasem trzeba przejść przez piekło, żeby go zobaczyć…
A wy? Czy wierzycie w cuda? Czy potrafilibyście wybaczyć losowi taką próbę?