„Mamo, nie mogę już tego znieść. Przepraszam, ale muszę odebrać Ci klucze do naszego mieszkania” – Jak stanąłem po stronie żony przeciwko własnej matce

– Mamo, proszę, przestań już. – Mój głos drżał, choć starałem się brzmieć stanowczo. Stałem w kuchni, oparty o blat, a naprzeciw mnie moja matka, pani Halina, z zaciśniętymi ustami i spojrzeniem pełnym wyrzutu. Za moimi plecami, w drzwiach do salonu, stała Ania – moja żona – z oczami pełnymi łez i bezsilności.

– To twoja żona powinna się nauczyć gotować, a nie kupować te gotowce! – syknęła mama, rzucając plastikowe opakowanie po pierogach na stół. – Kiedyś kobiety dbały o dom!

Poczułem, jak coś we mnie pęka. To nie był pierwszy raz. Od miesięcy nasz dom był areną cichych wojen i szeptanych pretensji. Mama wprowadziła się do nas po śmierci taty – „na chwilę”, jak mówiła. Minął rok. Każdy dzień był próbą sił: kto rządzi w kuchni, kto decyduje o wychowaniu naszej córki Zosi, kto ma prawo do ciszy w salonie.

Ania coraz częściej zamykała się w łazience, tłumiąc płacz pod prysznicem. Zosia zaczęła jąkać się ze stresu. Ja… Ja byłem rozdarty. Wychowany w szacunku do matki, nie umiałem jej odmówić. Ale widziałem też cierpienie własnej rodziny.

– Mamo, Ania pracuje na dwa etaty. Ja też wracam późno. Nie możemy wszystkiego robić jak kiedyś…

– Wymówki! – przerwała mi matka. – Ja pracowałam i dom był czysty! Ty byłeś najedzony! A teraz? Nawet obiadu nie ma!

Ania odwróciła się na pięcie i wyszła na balkon. Usłyszałem cichy szloch. Mama spojrzała na mnie z triumfem.

– Widzisz? Nawet nie potrafi porozmawiać jak dorosła kobieta.

Zacisnąłem pięści. Przypomniałem sobie rozmowę sprzed tygodnia:

– Michał, ja już nie mogę… – Ania szeptała w nocy, kiedy myślała, że śpię. – Albo ona się wyprowadzi, albo ja…

Wtedy zignorowałem jej słowa. Dziś już nie mogłem.

Wieczorem usiadłem z mamą przy stole. Zosia spała, Ania zamknęła się w sypialni.

– Mamo… Musimy porozmawiać.

– O czym?

– O tym, że to nasze mieszkanie. Moje i Ani. Ty jesteś gościem…

– Gościem?! – Matka aż podskoczyła na krześle. – Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam?!

– Wiem, ile ci zawdzięczam. Ale teraz mam własną rodzinę. Musisz to uszanować.

– To przez nią! Ona cię nastawia przeciwko mnie!

– Nieprawda! – krzyknąłem. – To ja widzę, co się dzieje! Zosia boi się odezwać przy stole! Ania płacze codziennie! Ja… Ja już nie śpię po nocach!

Mama patrzyła na mnie długo, jakby pierwszy raz widziała dorosłego mężczyznę zamiast chłopca.

– Chcesz mnie wyrzucić na bruk?

– Nie chcę cię wyrzucać. Pomogę ci znaleźć mieszkanie socjalne albo dom spokojnej starości…

– Dom starców?! – Jej głos przeszedł w histerię. – Ty naprawdę jesteś moim synem?

Nie odpowiedziałem. Wstałem i wyjąłem z jej torebki klucze do naszego mieszkania.

– Przepraszam, mamo. Muszę to zrobić dla swojej rodziny.

Wybiegła z płaczem z kuchni. Siedziałem długo w ciemności, słysząc jej szloch za ścianą.

Następnego dnia mama spakowała walizkę i wyszła bez słowa. Zosia tuliła się do Ani, a ja czułem ulgę… i pustkę.

Przez kolejne tygodnie miałem wyrzuty sumienia. Dzwoniłem do mamy – nie odbierała. Ania próbowała mnie pocieszać:

– Zrobiłeś to dla nas…

Ale czy naprawdę? Czy można być dobrym synem i jednocześnie dobrym mężem? Czy wybierając rodzinę, zawsze musimy kogoś skrzywdzić?

Czasem patrzę na puste miejsce przy stole i pytam siebie: czy miałem prawo odebrać matce dom? Czy można pogodzić lojalność wobec rodziców z miłością do własnej rodziny? Co wy byście zrobili na moim miejscu?