Moja córka kocha tylko syna. Czy naprawdę można zapomnieć o własnej córce?
– Zosiu, znowu siedzisz sama w pokoju? – zapytałam cicho, stając w progu jej niewielkiego, pełnego książek i rysunków pokoju. Moja wnuczka nawet nie podniosła głowy znad zeszytu. Widziałam tylko, jak jej drobne palce zaciskają się na ołówku.
– Babciu, wszystko w porządku – odpowiedziała cicho, ale jej głos był pusty.
Wiedziałam, że kłamie. Od miesięcy obserwowałam, jak Zosia coraz bardziej gaśnie. Kiedyś była żywiołowa, uśmiechnięta, wszędzie jej było pełno. Teraz zamykała się w sobie, a jej oczy – te same, które kiedyś błyszczały ciekawością świata – były smutne i przygaszone.
Wszystko zaczęło się kilka lat temu, kiedy Emilia – moja córka – po raz drugi wyszła za mąż. Jej nowy mąż, Marek, był byłym piłkarzem, człowiekiem zamożnym i pewnym siebie. Emilia zawsze miała słabość do takich mężczyzn: wysokich, przystojnych, z pieniędzmi i pozycją. Zawsze powtarzała: „Trzeba mierzyć wysoko, mamo. Nie chcę żyć jak ty – od pierwszego do pierwszego.”
Z pierwszego małżeństwa Emilia miała Zosię. Z drugim mężem doczekała się syna – Antosia. Od tamtej pory wszystko się zmieniło.
Pamiętam pierwszy dzień, kiedy przyjechałam do nich po narodzinach Antosia. Emilia była rozpromieniona, Marek dumny jak paw. Zosia stała w kącie salonu, przyglądając się braciszkowi z mieszaniną ciekawości i niepewności.
– Zosiu, podejdź! Poznaj swojego braciszka! – zawołała Emilia.
Zosia podeszła nieśmiało i pogłaskała Antosia po główce. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że od tej chwili wszystko będzie kręcić się wokół niego.
Z czasem zaczęłam zauważać coraz więcej drobnych rzeczy: Emilia kupowała Antosiowi nowe zabawki, ubrania z najdroższych sklepów, a Zosi zostawały rzeczy po kuzynkach albo z wyprzedaży. Gdy Antoś płakał – wszyscy rzucali wszystko i biegli do niego. Gdy Zosia płakała – słyszała tylko: „Nie przesadzaj”, „Jesteś już duża”, „Musisz być dzielna”.
Najbardziej bolało mnie to podczas rodzinnych uroczystości. Na urodzinach Antosia był tort z ulubionym bohaterem bajki, balony i prezenty od wszystkich gości. Na urodzinach Zosi – skromny tort i kilka drobiazgów.
Pewnego dnia usłyszałam rozmowę Emilii z Markiem:
– Kochanie, musimy zapisać Antosia na angielski i basen. On ma potencjał! – mówiła Emilia z entuzjazmem.
– A Zosia? – zapytał Marek obojętnie.
– Zosia… ona sobie poradzi. Jest samodzielna. Poza tym… to dziewczyna. Ważne, żeby Antoś miał dobry start.
Serce mi się ścisnęło. Jak można tak mówić o własnym dziecku?
Zaczęłam coraz częściej odwiedzać Zosię. Próbowałam rozmawiać z Emilią:
– Emilko, widzisz co się dzieje? Zosia jest coraz bardziej zamknięta w sobie. Potrzebuje twojej uwagi!
– Mamo, przesadzasz! Zosia jest silna. Poza tym… Antoś jest jeszcze mały.
– Ale on zawsze będzie dla ciebie ważniejszy?
– Nie mieszaj się do mojego wychowania!
Po tej rozmowie Emilia obraziła się na mnie na kilka tygodni. Ale ja nie mogłam przestać myśleć o Zosi.
Któregoś dnia przyszłam do nich bez zapowiedzi. W domu była tylko Zosia. Siedziała na podłodze w swoim pokoju i rysowała coś zawzięcie.
– Co rysujesz? – zapytałam.
– Nic ważnego – odpowiedziała cicho.
Usiadłam obok niej i zerknęłam na kartkę. Był tam dom – duży, kolorowy – a obok stała dziewczynka z walizką.
– To ty?
Zosia skinęła głową.
– Chciałabym kiedyś wyjechać daleko stąd… Tam, gdzie nikt nie będzie mnie porównywał do Antosia.
Poczułam łzy pod powiekami.
– Zosiu… jesteś wyjątkowa. Nigdy o tym nie zapominaj.
Przytuliłam ją mocno. Wtedy po raz pierwszy od dawna zobaczyłam łzy w jej oczach.
Od tamtej pory zaczęłyśmy spędzać ze sobą więcej czasu. Zabierałam ją do kina, na spacery, piekłyśmy razem ciasta. Starałam się dać jej choć trochę tego ciepła i uwagi, których tak bardzo potrzebowała.
Ale wiedziałam, że nie zastąpię jej matki.
Pewnego wieczoru usłyszałam kłótnię Emilii z Zosią:
– Mamo, dlaczego zawsze wybierasz Antosia? Dlaczego dla ciebie jestem nieważna?
– Przestań dramatyzować! Nie masz pojęcia, ile mam na głowie!
– Ale ja też jestem twoją córką!
– Jesteś już duża! Sama sobie poradzisz!
Zosia wybiegła z domu i przyszła do mnie zapłakana.
– Babciu… ja już nie chcę tu mieszkać…
Przygarnęłam ją na noc. Rano zadzwoniłam do Emilii:
– Emilko, musimy porozmawiać. Jeśli nie zmienisz swojego podejścia do Zosi, możesz ją stracić na zawsze.
Emilia milczała przez chwilę.
– Mamo… ja nie wiem jak być dobrą matką dla niej… Boję się… Boję się, że ją zawiodłam…
Po raz pierwszy usłyszałam w jej głosie strach i żal.
Dziś Zosia ma 15 lat. Jest zamknięta w sobie, ale coraz częściej się uśmiecha – zwłaszcza gdy jesteśmy razem. Emilia próbuje naprawić swoje błędy, ale droga do odbudowania ich relacji jest długa i wyboista.
Czasem patrzę na moją rodzinę i zastanawiam się: czy naprawdę można kochać jedno dziecko bardziej niż drugie? Czy da się naprawić lata zaniedbań? A może są rany, które nigdy się nie zagoją?