„Nie jesteś ładna, Martyna” – Słowa mojej matki, które zmieniły wszystko

– Nie jesteś ładna, Martyna. – Te słowa padły w kuchni, kiedy miałam dziewięć lat. Mama stała przy zlewie, myła naczynia po obiedzie. Ja siedziałam przy stole, bawiąc się resztkami ziemniaków na talerzu. W telewizji leciał jakiś serial, a ja zapytałam: „Mamo, czy jestem ładna jak ta pani z telewizji?” Nawet nie spojrzała na mnie. Po prostu rzuciła to zdanie, jakby mówiła o pogodzie.

Wtedy nie rozumiałam jeszcze, jak bardzo te słowa we mnie utkwią. Przez lata wracały do mnie w najmniej oczekiwanych momentach – kiedy koleżanki z klasy śmiały się z moich odstających uszu, kiedy pierwszy chłopak powiedział, że „woli blondynki”, kiedy patrzyłam w lustro przed ważnym egzaminem i czułam się przezroczysta.

Mama nigdy nie była czuła. W naszym domu w Radomiu liczyła się praktyczność: obiad na czas, czyste ubrania, dobre oceny. Tata pracował na kolei i rzadko bywał w domu. Mama była wszystkim – szefową kuchni, księgową domowego budżetu i sędzią w sprawach sercowych. Ale nigdy nie była moją przyjaciółką.

Pamiętam jedną z naszych kłótni, gdy miałam szesnaście lat i wróciłam do domu zapłakana po szkolnej dyskotece. – Co się stało? – zapytała bez emocji. – Nic – odpowiedziałam, bo wiedziałam, że i tak nie zrozumie. – Nie płacz, bo oczy ci spuchną i będziesz jeszcze brzydsza – rzuciła i wyszła z kuchni. Wtedy po raz pierwszy poczułam do niej prawdziwą złość.

Przez całe liceum próbowałam udowodnić wszystkim – a najbardziej sobie – że jestem coś warta. Malowałam się za mocno, nosiłam za krótkie spódnice, śmiałam się za głośno. Chciałam być zauważona. Chciałam być inna niż ta szara Martyna z dzieciństwa. Ale im bardziej się starałam, tym bardziej czułam się sztuczna.

Na studiach w Warszawie poznałam Pawła. Był inny niż wszyscy chłopcy, których znałam wcześniej – cichy, zamyślony, zaczytany w książkach. Zakochał się we mnie od pierwszego wejrzenia, przynajmniej tak twierdził. Ale ja nie potrafiłam uwierzyć, że ktoś może mnie pokochać naprawdę. Każdy jego komplement odbijał się ode mnie jak od ściany.

– Jesteś piękna – mówił, patrząc mi w oczy.
– Nie żartuj sobie ze mnie – odpowiadałam automatycznie.
– Martyna, mówię poważnie.
– Przestań.

Nie potrafiłam przyjąć jego miłości. Wciąż słyszałam w głowie głos mamy: „Nie jesteś ładna”. Nawet kiedy Paweł oświadczył mi się na dachu starej kamienicy na Pradze, pierwsza myśl była: „Dlaczego ja? Przecież są ładniejsze dziewczyny.”

Po ślubie zamieszkaliśmy razem w małym mieszkaniu na Ochocie. Paweł był cierpliwy, ale ja coraz częściej wybuchałam bez powodu. Każda kłótnia kończyła się moim płaczem i jego bezradnością.

– Dlaczego ty nigdy nie jesteś ze mnie dumna? – zapytał kiedyś mama przez telefon.
– Bo nie ma z czego być dumnym – odpowiedziała chłodno. – Zawsze byłaś przeciętna.

Wtedy coś we mnie pękło. Zrozumiałam, że całe życie próbowałam zasłużyć na jej akceptację – i nigdy jej nie dostanę. Nawet jeśli będę najpiękniejsza na świecie.

Zaczęłam chodzić na terapię. To był trudny krok – w naszej rodzinie nikt nie mówił o uczuciach, a już na pewno nie o psychologach. Ale terapeutka nauczyła mnie czegoś ważnego: że mogę sama sobie dać to, czego nigdy nie dostałam od mamy.

Zaczęłam pisać listy do siebie z dzieciństwa. Pisałam: „Martynko, jesteś ważna”, „Martynko, zasługujesz na miłość”, „Martynko, jesteś piękna taka, jaka jesteś”. Na początku czułam się głupio. Ale z czasem te słowa zaczęły do mnie docierać.

Pewnego dnia odwiedziłam mamę w Radomiu. Siedziałyśmy przy stole w tej samej kuchni co kiedyś. Zebrałam się na odwagę i powiedziałam:
– Mamo, zraniłaś mnie tymi słowami o urodzie. Noszę je w sobie do dziś.
Spojrzała na mnie zdziwiona.
– Przesadzasz. Ja tylko chciałam cię przygotować do życia. Żebyś nie miała złudzeń.
– Ale ja przez to całe życie czułam się gorsza.
Wzruszyła ramionami.
– Świat jest okrutny. Lepiej wiedzieć to wcześniej.

Wyszłam wtedy z domu i długo płakałam na przystanku autobusowym. Ale po raz pierwszy poczułam ulgę – powiedziałam jej prawdę.

Dziś mam trzydzieści dwa lata i własną córkę, Zosię. Codziennie powtarzam jej: „Jesteś piękna”, „Jesteś mądra”, „Jesteś ważna”. Bo wiem już, jak wielką moc mają słowa matki.

Czasem patrzę w lustro i widzę tamtą małą Martynkę z Radomia – przestraszoną i smutną. Ale coraz częściej widzę kobietę, która przestała szukać akceptacji u innych i zaczęła ją dawać samej sobie.

Czy można naprawdę uwolnić się od ran zadanych przez najbliższych? Czy wystarczy pokochać siebie samą, żeby uleczyć stare blizny? Czasem myślę, że to podróż na całe życie.