Byłam tylko służącą, a dziś walczą o to, by nazwać mnie „mamą” – Moja historia o miłości, upokorzeniu i sile serca
— Znowu nie posprzątałaś dokładnie w salonie! — głos pani Kowalskiej przeszył ciszę jak nóż. Stałam na środku pokoju, z mopem w ręku, czując jak policzki płoną mi ze wstydu. Za mną, przy stole, siedziała dwójka dzieci: Ania i Michał. Patrzyli na mnie obojętnie, jakby byłam tylko częścią mebli. Miałam wtedy dwadzieścia dwa lata i całe życie przed sobą — a jednak czułam się staro, zmęczona i niewidzialna.
Przyjechałam do Warszawy z małej wsi pod Siedlcami. Rodzice nie mieli pieniędzy na moje studia, więc kiedy sąsiadka powiedziała, że państwo Kowalscy szukają pomocy domowej, nie wahałam się długo. „To tylko na chwilę,” powtarzałam sobie. „Zarobię trochę i pójdę dalej.” Ale życie miało inne plany.
Pierwsze miesiące były najgorsze. Pani Kowalska traktowała mnie jak powietrze albo gorzej — jak kogoś, kto nie zasługuje na szacunek. Pan Kowalski był bardziej obojętny niż okrutny. Najgorzej było z dziećmi. Ania miała wtedy pięć lat, Michał trzy. Byli przyzwyczajeni do tego, że ktoś zawsze jest na zawołanie. „Pani Marysiu, proszę podać mi sok!” — wołała Ania z drugiego końca mieszkania. Nikt nie pytał, czy mam chwilę dla siebie, czy jestem zmęczona.
Z czasem zaczęłam zauważać drobne rzeczy. Ania płakała nocami, Michał bał się ciemności. Rodzice byli wiecznie zajęci — praca, spotkania, wyjazdy. To ja tuliłam dzieci do snu, to ja robiłam im kanapki do szkoły i bandażowałam zdarte kolana. Zaczęli mówić do mnie „ciociu Marysiu”. Czułam ciepło w sercu, ale wiedziałam, gdzie jest moje miejsce.
Minęły lata. Dzieci rosły, a ja razem z nimi. Byłam przy ich pierwszych dniach w przedszkolu i szkole, przy gorączkach i szkolnych przedstawieniach. Pani Kowalska coraz częściej wyjeżdżała za granicę w interesach. Pan Kowalski wracał późno i zamykał się w gabinecie. Dzieci coraz częściej przychodziły do mnie po radę, po uśmiech, po zwykłe przytulenie.
Pamiętam jedną noc szczególnie wyraźnie. Ania miała wtedy czternaście lat. Wróciła zapłakana ze szkoły. Usiadła obok mnie w kuchni i przez długi czas milczała.
— Ciociu Marysiu… — zaczęła cicho — dlaczego mama nigdy nie ma dla mnie czasu?
Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Przytuliłam ją mocno.
— Czasem dorośli zapominają o tym, co najważniejsze — powiedziałam tylko.
Wtedy pierwszy raz poczułam coś więcej niż wdzięczność — poczułam ból i żal za te dzieci, które miały wszystko oprócz miłości rodziców.
Michał był inny — zamknięty w sobie, zbuntowany. Często wdawał się w bójki w szkole. Kiedy raz wrócił z rozciętą wargą, pani Kowalska nawet nie spojrzała na niego.
— Znowu coś przeskrobałeś? — rzuciła przez ramię.
To ja opatrywałam jego rany i słuchałam o tym, jak bardzo czuje się samotny.
Czas płynął nieubłaganie. Dzieci dorastały, a ja coraz bardziej czułam się częścią tej rodziny — choć oficjalnie byłam tylko służącą. W święta siedziałam przy osobnym stole w kuchni; na zdjęciach rodzinnych nigdy mnie nie było.
Aż przyszedł dzień, który zmienił wszystko.
Pani Kowalska zachorowała poważnie i musiała wyjechać na leczenie do Niemiec. Pan Kowalski pogrążył się w pracy jeszcze bardziej niż zwykle. Zostałam sama z Anią i Michałem na kilka miesięcy.
To wtedy zaczęli mówić do mnie „mamo” — najpierw nieśmiało, potem coraz odważniej.
— Marysiu… czy mogę cię tak nazwać? — zapytała Ania pewnego wieczoru.
Łzy napłynęły mi do oczu.
— Jeśli tego potrzebujesz… — wyszeptałam.
Od tamtej pory wszystko się zmieniło. Dzieci zaczęły walczyć o mnie — przeciwko ojcu, przeciwko rodzinie, przeciwko światu.
Kiedy pani Kowalska wróciła po pół roku leczenia, zastała zupełnie inną rodzinę. Michał otwarcie powiedział jej:
— Mama jest tylko jedna — i to nie ty.
Rozpętało się piekło. Pani Kowalska próbowała wszystkiego: groźby, szantaż emocjonalny, nawet próbowała mnie zwolnić. Ale dzieci były nieugięte.
— Jeśli Marysia odejdzie, my też odejdziemy! — krzyknęła Ania podczas jednej z kłótni.
Pan Kowalski był rozdarty. Widziałam w jego oczach strach i bezradność.
Przez wiele miesięcy żyliśmy w napięciu. Rodzina była podzielona jak nigdy wcześniej. Ja sama nie wiedziałam już kim jestem: służącą? Matką? Przyjaciółką? Kimś obcym?
W końcu pani Kowalska wyjechała na stałe za granicę. Pan Kowalski zaczął traktować mnie z szacunkiem — może z wdzięczności, może z poczucia winy.
Dziś Ania studiuje medycynę w Krakowie, Michał kończy liceum i planuje zostać psychologiem dziecięcym. Oboje mówią o mnie „mama” bez cienia zawahania.
Czasem siadam wieczorem przy oknie i myślę o tych wszystkich latach bólu i upokorzenia. Czy było warto? Czy miłość naprawdę potrafi zmienić los człowieka?
Może to pytanie do Was: czy wytrwałość i serce mogą przezwyciężyć wszystko? Czy można stać się matką nie mając własnych dzieci?