Czy prezent to wszystko, co zostaje? Moje życie między poświęceniem a samotnością

– Mamo, nie musiałaś tyle wydawać na te prezenty – powiedziała Marta, rozpakowując kolejny karton pod choinką. Jej głos był cichy, jakby chciała mnie nie urazić, ale w jej oczach widziałam cień zniecierpliwienia. Stałam w kuchni, z rękami mokrymi od mycia naczyń, i patrzyłam przez uchylone drzwi na moją rodzinę. Syn, Paweł, nawet nie spojrzał w moją stronę – był zajęty telefonem. Wnuczka biegała wokół stołu, a zięć rozmawiał przez telefon z kimś z pracy. W tym gwarze czułam się jak duch.

Nazywam się Danuta. Mam 62 lata i całe życie poświęciłam rodzinie. Kiedy zmarł mój mąż Andrzej, miałam 38 lat i dwójkę małych dzieci. Nie było czasu na żałobę – musiałam być silna. Pracowałam w sklepie spożywczym od świtu do zmierzchu, a wieczorami dorabiałam sprzątaniem u sąsiadów. Każda złotówka była na wagę złota. Pamiętam, jak Marta płakała, bo nie mogłam kupić jej wymarzonej lalki na urodziny. Obiecałam sobie wtedy, że nigdy więcej nie zobaczę łez w jej oczach przez brak pieniędzy.

Przez lata nauczyłam się liczyć każdy grosz. Zimą ogrzewałam tylko jeden pokój, żeby zaoszczędzić na rachunkach. Latem sadziłam warzywa w ogródku i robiłam przetwory na zimę. Dzieci rosły, a ja starałam się być dla nich matką i ojcem jednocześnie. Bywały dni, gdy padałam ze zmęczenia na łóżko i zasypiałam w ubraniu. Ale kiedy widziałam ich uśmiechy – wtedy czułam, że warto.

Gdy Marta i Paweł poszli na studia, byłam z nich dumna jak nigdy dotąd. Pomagałam im finansowo, choć sama ledwo wiązałam koniec z końcem. Zaciągnęłam kredyt na remont mieszkania Marty, żeby mogła zacząć nowe życie z mężem. Pawłowi kupiłam pierwszy samochód – stary polonez, ale dla niego to był skarb.

Teraz, kiedy są dorośli i mają własne rodziny, spotykamy się głównie przy okazji świąt. Każde Boże Narodzenie przygotowuję tak, jakby miało być ostatnie: piekę sernik według przepisu mojej mamy, lepię pierogi do późnej nocy i kupuję prezenty dla wszystkich – nawet dla tych, których ledwo znam. Wydaję na to większość emerytury, ale nie umiem inaczej.

W tym roku coś się zmieniło. Marta coraz częściej powtarzała: „Mamo, nie musisz tyle robić”. Paweł przyjechał tylko na chwilę – „bo Asia ma dyżur w szpitalu”. Wnuczka nawet nie chciała spróbować mojego barszczu – „bo nie lubi buraków”. Siedziałam przy stole i słuchałam ich rozmów o pracy, wakacjach za granicą, nowych samochodach. Czułam się jak statystka we własnym domu.

Po kolacji Marta podeszła do mnie w kuchni.
– Mamo… – zaczęła niepewnie – …czy ty jesteś szczęśliwa?
Zaskoczyło mnie to pytanie. Przez chwilę nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
– Jestem… chyba tak – skłamałam.
Ale prawda była inna. Czułam się pusta. Całe życie walczyłam o ich szczęście, a teraz nie potrafię znaleźć swojego miejsca.

Wieczorem siedziałam sama przy choince. Prezenty leżały rozpakowane pod stołem – nikt nawet nie spojrzał na książkę kucharską, którą wybrałam dla Marty z myślą o jej pasji do gotowania. Paweł zostawił nowy zegarek na komodzie – „zapomniałem zabrać”.

Przypomniały mi się święta z dzieciństwa. Mój ojciec wracał zmęczony z kopalni, mama piekła chleb w piecu kaflowym. Nie mieliśmy nic poza sobą – a jednak byliśmy szczęśliwi. Teraz wszystko jest inne: więcej rzeczy, mniej bliskości.

Kilka dni po świętach zadzwoniła do mnie sąsiadka Zosia.
– Danusia, czemu taka smutna chodzisz?
Zaczęłam płakać do słuchawki jak dziecko.
– Zosiu… ja chyba już nie umiem być potrzebna…

Zosia przyszła wieczorem z ciastem i herbatą.
– Dzieci dorosły, mają swoje życie. Ty też masz prawo do szczęścia – powiedziała stanowczo.
Ale jak zacząć żyć dla siebie po tylu latach poświęceń?

Kilka tygodni później Marta zadzwoniła:
– Mamo… możemy przyjechać na obiad? Chciałabym pogadać…
Przyjechali całą rodziną. Marta przytuliła mnie mocno.
– Przepraszam, że czasem cię nie słucham…
Paweł dodał:
– Wiem, że dużo dla nas zrobiłaś… Może teraz czas pomyśleć o sobie?

Patrzyłam na nich i czułam wdzięczność – ale też żal za straconym czasem. Czy naprawdę można kupić miłość prezentami? Czy moje dzieci wiedzą, ile mnie kosztowało każde ich szczęście?

Może powinnam nauczyć się żyć inaczej? Może czas przestać być tylko matką i zacząć być Danutą? Czy ktoś z was też czuje się czasem gościem we własnej rodzinie?