Dlaczego Ona, a Nie Ja?

– Znowu nie dodałaś koperku do zupy? – głos pani Marii przeszył ciszę kuchni niczym ostrze. Stałam przy kuchence, mieszając barszcz, i czułam, jak moje dłonie drżą.

– Przepraszam, zapomniałam kupić – odpowiedziałam cicho, starając się nie patrzeć jej w oczy.

– Iwona zawsze pamiętała o takich drobiazgach. – Westchnęła teatralnie i wyszła z kuchni, zostawiając za sobą ciężar niewypowiedzianych słów.

To był mój trzeci miesiąc w domu Dariusza. Trzeci miesiąc życia w cieniu kobiety, której nigdy nie poznałam, a która zdawała się być obecna w każdym kącie tego mieszkania. Iwona – imię powtarzane jak mantra przez wszystkich: przez sąsiadki, rodzinę, a przede wszystkim przez samą panią Marię.

Dariusz wrócił późno. Zawsze wracał późno od kiedy się pobraliśmy. Może dlatego, że praca w urzędzie była wymagająca, a może dlatego, że wolał unikać domowych napięć. Kiedy wszedł do kuchni, spojrzał na mnie przelotnie i rzucił:

– Mama mówiła, że barszcz był za mało wyrazisty. Wiesz, Iwona zawsze dodawała trochę czosnku i koperku. Może spróbuj następnym razem?

Zacisnęłam zęby. Chciałam krzyknąć: „Nie jestem Iwoną! Nigdy nie będę!” Ale tylko skinęłam głową i zaczęłam sprzątać stół.

Wieczorem leżałam w łóżku i patrzyłam w sufit. Słyszałam cichy szum telewizora z salonu, gdzie Dariusz oglądał wiadomości z matką. Czułam się jak intruz we własnym domu. Przypomniałam sobie dzień naszego ślubu – jak bardzo się wtedy cieszyłam, jak wierzyłam, że zaczynamy coś nowego. Ale już wtedy pani Maria patrzyła na mnie z chłodnym dystansem.

– Dariuszu, jesteś pewien? – zapytała go wtedy szeptem, myśląc, że nie słyszę. – Iwona była taka dobra dla ciebie…

A on tylko wzruszył ramionami i powiedział: – Mamo, to już przeszłość.

Ale przeszłość nie chciała odejść.

Każdego dnia czułam się coraz bardziej niewidzialna. Nawet nasze wspólne wieczory z Dariuszem zamieniły się w rutynę. Rozmawialiśmy o pogodzie, rachunkach i zakupach. O miłości nie było już mowy.

Pewnego dnia postanowiłam porozmawiać z nim szczerze.

– Dariuszu, czy ty mnie w ogóle kochasz? – zapytałam nagle podczas kolacji.

Zaskoczony uniósł wzrok znad talerza.

– O co ci chodzi? Przecież jesteśmy małżeństwem.

– Ale czy ty mnie widzisz? Czy widzisz mnie, czy tylko cień Iwony?

Westchnął ciężko i odsunął talerz.

– Nie rozumiem cię. Po co wracasz do tego tematu? Iwona była częścią mojego życia, ale teraz jesteś ty.

– Ale ciągle mnie z nią porównujesz! Twoja mama…

Przerwał mi gestem ręki.

– Mama jest już starsza. Przywykła do Iwony. Ty też powinnaś się postarać bardziej…

Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Wstałam od stołu i zamknęłam się w łazience. Patrzyłam na swoje odbicie w lustrze i pytałam siebie: kim jestem? Czy naprawdę muszę stać się kimś innym, żeby być kochaną?

Następnego dnia zadzwoniła do mnie moja mama.

– Kasiu, jak się trzymasz? – zapytała ciepłym głosem.

Nie wytrzymałam i rozpłakałam się w słuchawkę.

– Mamo… ja tu nie pasuję. Oni ciągle mówią o Iwonie… Czuję się jak cień.

– Kochanie, jesteś wyjątkowa. Nie pozwól im odebrać sobie siebie. Jeśli Dariusz cię kocha, zaakceptuje cię taką, jaka jesteś.

Ale czy naprawdę mnie kochał?

Wkrótce potem wydarzyło się coś, co przelało czarę goryczy. Były urodziny pani Marii. Przygotowałam tort według własnego przepisu – czekoladowy z wiśniami. Goście chwalili smak, ale pani Maria tylko skrzywiła się i powiedziała:

– Iwona zawsze piekła sernik. To był mój ulubiony…

Wszyscy spojrzeli na mnie z zakłopotaniem. Czułam się upokorzona.

Wieczorem wybuchłam:

– Dariuszu! Ile jeszcze mam znosić tych porównań? Czy ja kiedykolwiek będę dla was wystarczająca?

Spojrzał na mnie bezradnie.

– Nie wiem… Może po prostu musisz się bardziej postarać…

Wtedy coś we mnie pękło. Spakowałam kilka rzeczy i wyszłam z domu bez słowa. Poszłam do mamy. Przez całą noc nie mogłam zasnąć. Myśli kłębiły mi się w głowie: czy naprawdę muszę poświęcić siebie dla czyjegoś szczęścia?

Mama przytuliła mnie rano i powiedziała:

– Czasem trzeba wybrać siebie, Kasiu.

Dariusz zadzwonił dopiero po dwóch dniach.

– Wrócisz? – zapytał cicho.

– Nie wiem… Muszę pomyśleć o sobie.

Po raz pierwszy od dawna poczułam ulgę. Może to właśnie jest początek mojego nowego życia? Może czasem trzeba odejść, żeby odnaleźć siebie?

Czy naprawdę musimy rezygnować z własnej tożsamości dla cudzej akceptacji? A może prawdziwa miłość zaczyna się wtedy, gdy pozwalamy sobie być sobą?