Dom po babci – czy to dar, czy przekleństwo?
– Nie możesz jej tam zostawić! – krzyknęłam do słuchawki, czując jak łzy napływają mi do oczu. – Mamo, ona już nie daje rady sama. Wczoraj znowu zapomniała wyłączyć gaz.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Słyszałam tylko cichy oddech mamy i szum telewizora w tle. W końcu odezwała się chłodnym, zmęczonym głosem:
– Twoja babcia zostawiła ci dom. Teraz twoja kolej się nią zająć.
Zamarłam. Przez chwilę nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam. Przecież to była moja mama – ta sama, która przez całe życie powtarzała mi, że rodzina jest najważniejsza. A teraz… teraz zrzuca na mnie odpowiedzialność za własną matkę, bo dostałam dom?
Oparłam się o zimną ścianę kuchni i spojrzałam na zegar. Była 22:17. Za oknem ciemność, a w środku mnie – burza. Przypomniałam sobie dzień, kiedy babcia Helena przekazała mi klucze do swojego domu w podwarszawskiej wsi. Byłam wtedy świeżo po rozwodzie, z dwójką dzieci i poczuciem totalnej porażki życiowej. Babcia przytuliła mnie wtedy mocno i powiedziała:
– Ten dom zawsze będzie twoim schronieniem.
Nie wiedziałam wtedy, że schronienie może stać się więzieniem.
Od tamtej pory minęły trzy lata. Dzieci dorosły, wyjechały na studia do Krakowa i Poznania. Ja zostałam sama z babcią, która coraz częściej zapominała, gdzie jest i kim jestem. Czasem patrzyła na mnie z przerażeniem w oczach i pytała:
– A ty… ty jesteś moją córką?
Za każdym razem serce mi pękało.
Mama przyjeżdżała coraz rzadziej. Zawsze miała wymówkę: praca, zdrowie, wyjazd do sanatorium. Brat? Od lat mieszkał w Norwegii i kontaktował się tylko przez Facebooka. „Trzymaj się, siostra!” – pisał pod moimi zdjęciami z babcią. Tyle z jego wsparcia.
Wszystko spadło na mnie. Zakupy, gotowanie, sprzątanie, nocne pobudki, bo babcia chciała „iść do szkoły” albo szukała swojego męża, który nie żył od dwudziestu lat.
Pewnego wieczoru usiadłam przy stole z kubkiem zimnej herbaty i zaczęłam pisać list do mamy:
„Mamo,
Nie daję już rady. Babcia coraz częściej się gubi, nie śpi po nocach, a ja muszę pracować zdalnie i opiekować się nią jednocześnie. Czuję się jak w pułapce. Proszę cię o pomoc.”
Nie wysłałam tego listu. Bałam się odpowiedzi.
Zamiast tego zadzwoniłam do niej tamtego wieczoru i usłyszałam: „Twoja kolej”.
Przez kolejne tygodnie żyłam jak automat. Rano szybka kawa, potem praca przy komputerze – byle zdążyć przed kolejnym atakiem paniki babci. O 12:00 obiad – ziemniaki z koperkiem, tak jak lubiła. Potem spacer po ogrodzie, choć coraz częściej musiałam ją prowadzić pod rękę.
Wieczorami siadałam na schodach przed domem i patrzyłam na zachodzące słońce nad polami. Czułam się jak ostatnia osoba na świecie.
Pewnego dnia babcia przewróciła się w łazience. Znalazłam ją leżącą na zimnych kafelkach, płaczącą cicho:
– Nie chcę już żyć…
Podniosłam ją z trudem i posadziłam na łóżku.
– Babciu, jesteś mi potrzebna – wyszeptałam, choć sama nie byłam tego pewna.
Po tym wydarzeniu zadzwoniłam do mamy jeszcze raz.
– Mamo, błagam cię… Pomóż mi. Ja już nie mogę sama.
– Przecież masz dom – odpowiedziała bez cienia emocji. – Ja musiałam opiekować się nią przez lata. Teraz twoja kolej.
– Ale ja nie chcę tak żyć! – krzyknęłam rozpaczliwie.
– To sprzedaj dom i oddaj babcię do domu opieki – rzuciła mama i rozłączyła się.
Zostałam z tym wszystkim sama.
Przez kolejne dni rozważałam każdą opcję. Sprzedaż domu? Ale gdzie pójdę? Dom opieki? Ale przecież obiecałam babci…
W nocy śniło mi się dzieciństwo – zapach drożdżowego ciasta babci Heleny, jej śmiech podczas gry w karty, ciepło jej dłoni na mojej głowie. Obudziłam się z mokrą poduszką od łez.
Zaczęłam szukać pomocy w internecie. Fora pełne były historii takich jak moja: „Rodzina zostawiła mnie samą z chorym rodzicem”, „Opieka nad seniorem to koszmar”…
Pewnego dnia przyszła sąsiadka Zosia.
– Kochana, widzę jak ci ciężko – powiedziała cicho. – Może pogadaj z księdzem albo z opieką społeczną? Nie musisz być sama.
Zadzwoniłam do gminy. Pani w urzędzie była miła, ale bezradna:
– Możemy zaoferować pani kilka godzin opieki tygodniowo…
To było jak plaster na złamaną nogę.
W końcu zebrałam się na odwagę i napisałam do brata:
„Piotrze,
Babcia jest coraz słabsza. Ja już nie daję rady sama. Proszę cię o pomoc – choćby finansową albo żebyś przyjechał na kilka tygodni.”
Odpisał po trzech dniach:
„Nie mogę przyjechać teraz, mam dużo pracy. Przeleję ci trochę pieniędzy na konto.”
Pieniądze przyszły szybko, ale wsparcie emocjonalne – nigdy.
Babcia gasła w oczach. Coraz częściej patrzyła przez okno i szeptała:
– Chciałabym już być z dziadkiem…
Czułam narastającą wściekłość na mamę i brata – za ich obojętność, za to że zostawili mnie samą z odpowiedzialnością większą niż życie.
Któregoś wieczoru usiadłyśmy z babcią przy stole. Wzięła mnie za rękę i spojrzała mi głęboko w oczy:
– Dziękuję ci, że jesteś ze mną…
Rozpłakałam się wtedy pierwszy raz od miesięcy.
Babcia odeszła spokojnie kilka tygodni później, we śnie. Byłam przy niej do końca.
Po pogrzebie dom wydawał się jeszcze bardziej pusty niż zwykle. Mama przyjechała tylko na chwilę; nie spojrzałyśmy sobie w oczy.
Teraz siedzę sama przy kuchennym stole i patrzę na klucze do domu babci Heleny.
Czy naprawdę dom rodzinny to nagroda? Czy może ciężar, który trzeba dźwigać samotnie? Ile jesteśmy winni naszym bliskim – i czy rodzina powinna być zawsze najważniejsza?